Ziemia liściowa. Hit czy kit?

ogrodowa pasja

 

Kiedy robić ziemię liściową, a kiedy sobie darować? Czy warto zabierać liście przed zimą? Komu zostawione pomogą, a komu zaszkodzą?

Robimy, grabimy, pakujemy do worów i że niby po pół roku już? Tylko co już? Czy to już „zrobione”? I do czego teraz tego użyć? Hmm…

Postaram się w niedługim poście opisać swoje podejście do tematu. Moje podejście (podkreślam), bo mam wrażenie, że postawy nam się ostatnio radykalizują i coraz częściej albo traktujemy ogród jak puszczę, z której nic nie wolno ruszyć, a każdy kto grabi to mieszczuch bez szacunku do przyrody, albo z kolei segregujemy każdy listek, który albo nada się na wytwarzaną w ściśle kontrolowanych warunkach próchnicę liściową, albo bezwzględnie trzeba się pozbyć podejrzanego elementu żeby przypadkiem żadne „dziadostwo” nam w tym nie przezimowało. No to ja jestem gdzieś pomiędzy ;)  I tak nawet dobrze mi z tym, chociaż przyznaję, że część moich „działań” wywodzi się z wrodzonego lenistwa i hołdowania zasadzie „robić tak, żeby się nie narobić” :)

Po pierwsze należałoby się zastanowić dlaczego drzewa gubią liście. Jesteśmy przyzwyczajeni do tego, że drzewa jesienią się przebarwiają na żółto czy czerwono, a potem liście lecą z drzew , liście lecą z drzew… A przecież jesienne opadanie liści to niezwykle skomplikowany proces i sprytnie przemyślana strategia przetrwania, jaką na drodze ewolucji wykształciły drzewa wkraczając na tereny klimatu umiarkowanego. Można by się zastanawiać czy naprawdę korzystne jest dla nich, by każdego roku produkować z milion nowych liści tylko po to, żeby kilka miesięcy później je zrzucić? Widocznie tak, bo jednego możemy być pewni: w przyrodzie nic nie dzieje się bez powodu. A powodów dla których nasze ogrody są rok rocznie zasypywane mniej lub bardziej kolorową pierzynką jest zapewne więcej niż jeden :)

Po pierwsze światło bez którego nie mogłaby istnieć fotosynteza. Najwyraźniej jesienią i zimą jest go na tyle mało, że dla drzewa bardziej opłacalne jest zrzucenie „balastu”, który musiałyby przecież przez zimę utrzymywać i „karmić” niewiele dostając w zamian. Taki bilans energetyczny byłby dla nich skrajnie niekorzystny. To jak z pracą lodziarza na ulicy. Mógłby przecież stać z budką czy wózkiem i w październiku i listopadzie i tak aż do marca. Tylko czy opłacałoby mu to się skoro większość zarobku przychodzi i tak w miesiącach letnich? Przecież za dzierżawę trzeba płacić, eksploatacja maszyn kosztuje, a i samo zdrowie jest nie bez znaczenia. Dlatego lodziarz idąc za przykładem drzew udaje się na spoczynek :)

ogrodowa pasja
Surmia jako jedna z pierwszych u mnie gubi liście

Dlaczego niektórzy wiążą iglaki sznurkami przed zimą? Żeby przypadkiem zalegający na ich gałęziach śnieg i lód nie zrobił z nich na zawsze trzepniętej piorunem miotły. Skoro taki ciężar na igiełce długości paru centymetrów i grubości dwóch milimetrów potrafi na zawsze rozczapierzyć cały krzak jałowca to co zrobiłby osiadając na liściu platana wielkości otwartej dłoni albo (o zgrozo) z liściem surmii? Dla drzewa utrzymanie tylu ton lodu czy śniegu przy najmniejszym podmuchu wiatru mogłoby się skończyć wielkim, głośnym trzaskiem. A nawet gdyby tego lodu czy śniegu nie było to jesień jaka jest, każdy widzi: wilgoć, mgły, mżawki, deszcze. Kiedy nam, ludziom, łatwiej utrzymać równowagę targając na plecach nowy telewizor? Gdy idziemy z nim po suchej ziemi czy błocie? Dla drzew znowu ciężar wielki a stabilność na rozmokniętej ziemi jakby mniejsza. Łatwiej o wywrócenie się w najmniej spodziewanym momencie. Dlatego balast jest zrzucany na ziemię, a budowa przeciętnego drzewa liściastego jest tak sprytnie pomyślana, że współczynnik oporu powietrza jest niższy niż we współczesnej osobówce.

No i drzewna krew. Trzeba pić, a zimą ziemia zmarznięta- ciężko. Gdyby duże, miękkie liście miały w tym czasie trwać to szybko odparowałyby wszelkie zapasy wody, a nie mogąc pobrać nowej prędko uschłyby z pragnienia. Iglaki mają wąskie igiełki- z małej powierzchni mniej odparuje. Zimozielone liściaste też próbują udawać iglaka zwijając swe liście w rulonik w czasie największych mrozów. Zmniejsza się parowanie i może jakoś przetrwają.

moje różaneczniki zimą
moje różaneczniki zimą, a pod nimi naturalna, sosnowa ściółka- trawa w odwrocie ;)

Zresztą, zimozielone rośliny, zarówno liściaste jak i iglaste jeszcze inne sposoby żeby przetrwać- woski, które grubą warstwą pokrywają liście i igły zmniejszając parowanie i zabezpieczając je przed mogącymi rozsadzić je od środka mrozami. Rozsadzić- no tak. Płynące w drzewie soki mogłyby rozsadzić pień. Ale przecież i zimą krążą. Powolutku, prawie w ogóle, ale krążą. Są gęste i ciężkie, bo zawierają dużo cukrów wycofanych wcześniej z liści. Gdyby to była czysta woda to zamarzłaby prędziutko a kryształki lodu rozerwałyby drzewo od środka. Ale cukier działa jak alkohol obniżając temperaturę zamarzania cieczy. Wykorzystano to zresztą świetnie w antyreklamie pewnego „soczku” dla dzieci (zapewne wpadła na to konkurencja) dowodząc, że ów soczek nie zamarzł nawet w temperaturze -8°C  to ileż on musi mieć w sobie cukru! Proponowano nawet używać go jako płynu chłodniczego w samochodzie. Ech Ci marketingowcy ;)

i równie biednie wyglądająca w czasie silnych mrozów kalina sztywnolistna
i równie biednie wyglądająca w czasie silnych mrozów kalina sztywnolistna

No dobra, bo miało być krótko, a popłynęłam jak zwykle :) Drzewa zrzucają liście, bo to ich sposób na przetrwanie. Ciekawa jestem czy takie zdanie wystarczyłoby tytułem wstępu czy jednak moje wypociny ktoś przeczytał z zainteresowaniem :)

opadłe liście klonu
opadłe liście klonu

Jesienne przebarwianie się drzew

O przebarwianiu się też muszę chociaż wspomnieć, bo to też istotne z punktu widzenia wytwarzanej próchnicy. A czy aby na pewno? Wszak nikt nie będzie nic liczył, zastanawiał się, nie ma czasu, zima za pasem, trza działać szybko i szybko podejmować decyzje. A może po prostu zaniechać? ;) No dobra, ale jako tako trzeba wiedzieć na co liczyć zbierając liście z powierzchni ziemi. Jak to się dzieje, że jedne liście są żółte albo pomarańczowe, inne czerwone, a jeszcze inne opadają na ziemię zielone?

Sprawa jesiennego przebarwiania się była już wałkowana w „internetach” tyle razy, że podsumuję króciutko ;) W liściach mamy coś na kształt światłoczułego, niebieskiego barwnika. Kiedy dni stają się coraz krótsze ten daje znak, że pora się wycofywać. I pomalutku (bądź bardzo szybko) zmagazynowane w liściach zasoby węgla i azotu są wycofywane do gałęzi i korzeni. Chlorofil przestaje być wytwarzany i tak kolor zielony ustępuje miejsca żółtym i pomarańczowym barwnikom także znajdującym się do tej pory w liściach, ale pozostającym w ukryciu przez maskowanie zielenią. Jesienią produkowany jest jeszcze czerwony barwnik, ale nie ma chyba jednoznacznej odpowiedzi na pytanie „po co?” Teorie są różne od odstraszania szkodników po stanowienie filtra UV i pewnie jeszcze kilka innych, o których w tej chwili nie pamiętam, ale jestem przekonana, że takie istnieją :) Są też drzewa, które zrzucają liście zielone. A co! Kto bogatemu zabroni? ;) Pozwolę sobie w tym miejscu zacytować fragment kończonej właśnie (bo w kolejce czeka już następna) lektury przez którą najwyraźniej wzięło mnie na szukanie podobieństw między drzewem a człowiekiem. Nie są to porównania żywcem wzięte z książki, ale udzieliło mi się jak widać ;)

jesien.jpg

„Na przykład olchy żwawo zrzucają na ziemię soczystozielone liście, tak jakby jutro świat miał się skończyć. Rosną jednak zwykle na terenie bagiennym, zasobnym w składniki pokarmowe, i wyraźnie mogą sobie pozwolić na luksus wytwarzania chlorofilu co roku od nowa. Materiały wyjściowe do produkcji są przecież wytwarzane u ich stóp metodą recyklingu ze starych liści przez grzyby i bakterie, a efekty ich pracy mogą być od razu z powrotem pobierane przez korzenie. Mogą też zrezygnować z recyklingu azotu, gdyż żyją w symbiozie z bakteriami brodawkowymi, które stale udostępniają im jego dowolną ilość. W przeliczeniu na kilometr kwadratowy olszyny (lasu olchowego) mali pomocnicy są w stanie pobrać z powietrza i udostępnić korzeniom swych drzewnych przyjaciół do trzydziestu ton azotu na rok. To więcej niż większość rolników rozrzuca w postaci nawozu na polach. Wiele gatunków dba o prowadzenie oszczędnej gospodarki, olchy jednak pysznią się swoim bogactwem. Podobnie postępują jesiony, a także czarny bez. Ci rozrzutnicy, zrzucający zielone liście, nie przyczyniają się do jesiennego kolorytu lasów- to raczej sknery mienią się kolorami.”

Sekretne życie drzew Peter Wohlleben, 2016

robinia.jpg
opadłe liście robinii akacjowej (to zielone, co udaje trawę na obrazku) i wiązu

W skrajnie innych warunkach rosną tak znielubione przez ogrodników robinie akacjowe (potocznie zwane akacjami). Straszny chwast, śmiecący, inwazyjny, jako drzewo kruchy i dla niektórych brzydki. Dla mnie piękny, ale ważne jest co innego. On także potrafi z pomocą bakterii wychwytywać azot z powietrza. I podobnie jak wspomniana przez autora olcha, gubi jesienią liście zielone. A skoro zielone, czyli zawierające chlorofil, a chlorofil składa się między innymi z cząsteczek azotu to…

Tadam! :D

Takie liście, przerobione na kompost liściowy będą lepsze jako nawóz niż próchnica z liści pomarańczowych :D Jako nawóz podkreślam. I sama robinia jako drzewo pionierskie urośnie na każdym piasku a jej korzenie wysuszą podłoże wokół siebie, ale w zamian wzbogaci w azot płytsze warstwy gleby przez co stwarza warunki do rozwoju roślin azotolubnych, które normalnie by się na takim piasku nie pojawiły. No dobra, ale ale… my przecież nie zostawiamy liści ot tak na ziemi. My je musimy do tych worków wpakować przecież :) Musimy?

Mam taki chytry plan. Był inny, ale widzę, że należy go zmienić. Jeszcze dzisiaj dyskutowałam z mężem o wymaganiach w szkole córki (zaraz po zebraniu) porównując to z doświadczeniem jej koleżanki z innej szkoły. Nasza gwiazda odpowiada na pytanie będące zadaniem domowym w jednym/ dwóch zdaniach, podczas gdy jej rówieśniczka rozpisuje się na pół strony. Jak widać moje dziecko nie poszło po mamie i absolutnie stanęłam w jej obronie twierdząc, że umiejętność zwięzłej, rzeczowej odpowiedzi jest umiejętnością niezwykle cenną i należy to nagradzać. Do czego zmierzam? Jak widać nie posiadam jej talentu i jeżeli jeszcze nie śpicie i doszliście do tego miejsca to dam wam z czystej litości chwilę na przetrawienie, a o praktyce napiszę w drugiej części. Zdradzę wam dlaczego nie robię ziemi liściowej, dlaczego jednak robię i pokażę wam jak ona wygląda. Obiecuję wam, że w kolejnym poście będzie już tylko czysto-praktycznie :) Nazwę to „Ziemia liściowa krok po kroku„, może być? ;) I uwaga! Wyjdzie ze mnie ziemianka :D

P.S To o współczynniku oporu powietrza bezlistnego drzewa to też z Sekretnego życia drzew ;)

 

 

26 thoughts

  1. Przeczytałam, nie usnęłam jednak ;) Bardzo ciekawy artykuł. Robinię mam i już wiem, co zrobię z jej liśćmi. Dziękuję :) Teraz czekam na część drugą.

    1. Musiałam sobie to przez tłumacz najpierw przepuścić :) Oj, przydałby mi się taki spacer i żeby mi ktoś tak łopatologicznie wyłożył co ja powinnam zrobić ze swoim kawałkiem lasu. Urzędowe pismo głosi, że trzeba dosadzić sosny. Tam bywało tak mokro, że sosna pływała, potem się przewracała i teraz stoją takie martwe nieduże drzewka. Wkrada się tam brzoza, ale i dla niej ciężko. W natarciu z drugiej strony olcha, topola i nieszczęsne czeremchy. Dobrze, że chociaż wiatr od czasu do czasu robi swoje, coś się przewróci w starym lesie to chociaż moje ukochane dęby mogą odżyć i trochę się przebić. One też wchodzą od południowej strony. Nie wiem co dalej z tym będzie, ale na pewno na jakieś pozyskiwanie drewna w przyszłości to nie ma co liczyć- na palcach jednej ręki mogłabym policzyć drzewa o prostym pniu. Zresztą, po moim trupie ;)

  2. Temat pasjonujący – przynajmniej dla mnie. Jako posiadaczka działki w otoczeniu dużych drzew (a i na samej działce ich nie brak; gigantyczna brzoza, dwie lipy, czeremcha) nie mam wyboru – część liści muszę kompostować. Mam na liście odrębny kompostownik, wielki jak góra. A składuję tam tylko liście zebrane z trawników. Suche listki brzóz służą mi do obsypywania na zimę wrażliwszych roślin. Liście opadłe na pustawe teraz grządki i alejki leżą sobie, ku radości licznych dżdżownic, aż do wiosny. A kompost liściowy i tak puchnie.Ziemia liściowa może nie jest nadzwyczaj bogata, ale przy moim piaseczku wszystko co może poprawić jej strukturę jest nader pożądane. Problem polega tylko na tym, że brak mi już miejsca na składowanie tylu liści (mam tylko 600 m2). Ostatnio już pakuję je do worków – w akcie desperacji. Worki można ustawić piętrowo, a pryzma kompostowa nie może rosnąć bez końca. Bardzo lubię dżdżownice i witam ich obecność z entuzjazmem. Niestety nie tylko ja – w komitecie powitalnym oprócz ptaków znalazły się i krety :(.

    1. Tematu kretów nie zaczynaj proszę, nie dzisiaj. Mam tylko trzy jako takie trawniki i na jeden z nich jak bumerang powracają krety. Mam na nie sposób i nie znam litości, ale w tym jednym miejscu muszą być jakieś pałace nie korytarze, pełne spiżarnie i kto wie co jeszcze, bo co ubiję jednego to zaraz wchodzi kolejny robiąc kopce dokładnie w tych samych miejscach. Myślę, że to kwestia bliskości domu i tarasu, bo niektóre tunele prowadzą jakby pod fundamenty. Dobra miejscówka: cicho, spokojnie… Wrrr… Myślałam, że jestem wyrozumiała, bo daję im tyle terenu, nie przeganiam, nie łapię, ale tych kilka miejsc jest MOICH i nie pozwolę ich sobie niszczyć.
      Lip mogę póki co tylko pozazdrościć, ale wiesz… to kwestia czasu kiedy pojawią się i u mnie :D Bardzo je lubię :) A powiedz, czy rzeczywiście pod nimi nie masz szans usiąść? Wiem, że mszyce szybko na nie wchodzą, bo widzę w mieście, ale jest aż tak źle jak niektórzy piszą? Że wszystko oblepione pod koronami? I jaki masz gatunek?

  3. ja tez lubię robinie i mam ich sporo już wielkich, dorodnych. Nie wysuszają pod sobą tak bardzo jak sosny czy świerki , albo brzozy.
    Ziemię liściową bardzo lubię używać, wiecznie mamy za mało kompostu na działce..
    Jankosiu, trafiłam do Ciebie przypadkiem. Widujemy się na jednym z forów.

    Ładnie piszesz, robisz magiczne zdjęcia- zostanę tu chętnie

    Pozdrawiam Marta / Magnolia

    1. Witaj w moich skromnych progach Marto :) Tu nie jest tak ładnie jak na tamtym forum, ale też sympatycznie mam nadzieję :)

      O świerkach to ciężko mi nawet rozmawiać. Jeśli chodzi o ich system korzeniowy to są straaaszne. Oblepią nimi dokładnie każdą roślinkę w przeciągu dwóch sezonów. Podziwiam ludzi, którzy pod nimi cokolwiek uprawiają- pojęcia nie mam jak tego dokonują bez barier przeciwkorzennych. U mnie już cały okrągły rok jest walka (psychiczna głównie) o to co ma rosnąć przy świerkach sąsiada posadzonych wzdłuż granicy. Każda roślina po dwóch trzech latach słabła, musiałam wykopywać, czyścić ze świerkowych korzeni i wsadzać w świeżą ziemię. Wymyśliłam, że pójdą zapory i cis jako żywopłot. Potem, że jednak graby. Nie. Cis będzie jednak. Tawuły jakieś albo mieszany liściasty. Nie, za mało miejsca. To jednak cis, tak, postanowione: grab :) I tak się bujam, a nasza siatka aż świeci rdzą po oczach :D Najchętniej poszłabym w zaporę i jakieś piękne, drewniane tło pasujące do nowego tarasu i trawy. Tylko jeszcze przekonać małżonka że to absolutnie niezbędna inwestycja i będzie pięknie :D

      Zapraszam częściej :) Jeśli masz życzenie to możesz zostawić tu do siebie jakiś namiar na stronę, blog czy fb jeśli posiadasz. Podoba mi się twoje podejście do projektowania, chętnie bym poczytała więcej :)

      Pozdrawiam

      1. u nas pod świerkiem tez jest walka, wygrywa głównie hedera.
        Może i u Ciebie na siatkę wejdzie i wysłoni?
        O stronie swojej, czy innej formie wypowiedzi intensywnie myślę.
        Dam znać jak się coś wykluje.
        Pozdrawiam Cię, dziękuję za miłe powitanie
        Marta/Magnolia

  4. Zbieram liście z trawnika, jeżeli kosiarką – do kompostownika, z katalp, jeżeli spadną od razu – do worka, tak samo z klonu… ale, że po pół roku ziemia? Chyba coś źle robię, albo moje lenistwo i nic nie robię ;) Za to na rabatach leżą sobie tak jak spadną. I dobrze nam tak :)
    P.S. Zdjęcie katalpy magiczne :)

    1. No tak piszą ;) Pokażę w drugiej części jak wygląda liściówka wspomagana mocznikiem po roku :)
      Z katalpy nie wyrzucam nigdzie, jak liście przesychają (jesienią czy wiosną) to rozkruszam je w rękach na rabacie. Cudownie się kruszą, jak żadne inne u mnie. Tylko ogonki się nie poddają ale też ładnie wyglądają :)
      Moja to purpurea, nie urośnie taka wielka, za to nowe przyrosty ma bordowe co przy białych kwiatach… :D

      1. Moje katalpy rosną przy tarasie, jak nie zbiorę, to cały trawnik jest zaścielony.
        Ja mam też taką „ziemię” roczną tyle, że bez mocznika, miała służyć do zobrazowania wpisu na bloga ;) Dziś mogłabym go zatytułować prawie tak jak Ty. Prawie, bo bez „hit” ;)

  5. Mądrze piszesz i bardzo dobrze się to czyta :)
    Tylko taki ślad zostawiam, żebyś wiedziała, że zaglądam tu także

    1. Miło :)
      Żebym jeszcze wiedziała która to Kasia :) Ta „od lisa”? Czy może „od dużych drzewek na małej działce”? „Od trawek”? Czy….? :)

  6. Ok, tematu kretów chwilowo nie rozwinę. Przed nocą lepiej sobie nie podnosić ciśnienia.
    Świerki – wiem, o czym mówisz. Widać jestem skrajną optymistką bo usiłuję ciągle zagospodarować przestrzeń pod nimi. Tytułem wyjaśnienia – nie ja je sadziłam, najchętniej bym je ścięła i wykarczowała, ale walka z 30-letnimi świerkami to nie na moje siły. Starczy mi karczowanie pozostałości po wyciętych(z konieczności) drzewach owocowych. A co do lip – teoretycznie mogłabym pod nimi siedzieć, jeśli uprzątnęłabym stos gałęzi czekających na zmielenie. Mszyce mi nie przeszkadzają; jeśli są, to wysoko, nic mi nie kapie. Ale nie ma potrzeby pchać się pod same lipy. Jak kwitną, to czuję zapach na całej działce (to zaleta małej działki). Lipy są dwie, ale rosną prawie jak jedna, bo są posadzone 2 m od siebie. Mama, która kiedyś gospodarzyła na działce posadziła małą lipę drobnolistną. Lipka sięgała mi do kolan i rosła sobie powolutku, ale ja nie miałam cierpliwości czekać. Posadziłam obok kupioną lipę wielkolistną. I wtedy zaczął się wyścig. Mała się zawzięła i wystrzeliła. Teraz obie mają koło 10 m wysokości, ale pewnie na finiszu drobnolistna będzie górą. One są długowieczne i rosną o wiele wyższe niż te o dużych liściach. Kwiatostany mają różnej wielkości, ale obie kwitną obficie i pachną oszałamiająco. Mam jeszcze jedną w donicy wyhodowaną od etapu siewki; tnę ją aby nie rosła nadmiernie, ale bonsai z niej raczej nie zrobię ;).

    1. Choćby dla tego zapachu warto wygospodarować miejsce :D Już to wiem :) Wyboru będę dokonywać między drobnolistną, amerykańska i japońską :) Drobnolistna taka najbardziej „nasza”, amerykańska ponoć niewymagająca, a w japońskiej się ostatnio zakochałam… to nie wiem jak to będzie :) Zmieściłabym każdą, ale kto o to potem będzie dbał? :)

      P.S. Kret nadal buszuje. Nie wie biedak, że zadarł z niewłaściwą ogrodniczką ;)

  7. Przeczytałam…i o dziwo nawet z zainteresowaniem chociaż jeszcze się nie obudziłam ;) a Ty spania nie masz czy co? Córka nie jest wylewna w wypowiedziach ty na odwrót to wiesz to sie nazywa równowaga :)
    macham

    1. Nie wiem jak tego dokonałaś, ale twój komentarz wpadł do spamu, a tam zaglądam niezwykle rzadko. Dzisiaj Cię stamtąd wyciągnęłam i oto jesteś :D :D :D
      Wiesz, ja to typ sowy jestem. Jak mój mąż mnie rano po przebudzeniu widzi na nogach to zwykle jest w szoku i pełen nadziei pyta czy wstałam tak wcześnie po bułeczki. Potem dopiero dociera do niego, że ja się właśnie kładę :D Podobno nie powinno się z tym walczyć :) Więc nie walczę :)

  8. Czekam na ciąg dalszy….liście zgromadzone w worach, mocznika nie dostałam w moim ogrodniczym ale mam saletrę amonową…..i dobre chęci……
    Pozdrawiam!
    M.

  9. Bardzo interesująco się zaczyna… wstęp do tego liściowego bogactwa… czekam zatem z niecierpliwością na ciąg dalszy, techniczny. U mnie na razie liście na rabatach… pewnie poleżą do wiosny. A wiosną to co się nie rozleci można zagrabić do produkcji ziemi liściowej ?
    Fajny blog, będę zaglądała. :)

    1. Zapraszam :)

      U mnie też wszystko, co nie odlatuje z rabat zostaje tam do wiosny. Mam miejsca, gdzie bardzo lubię widok liści, ale z kolei nie mam szans ich tam utrzymać, bo co wysypię to zaraz wiatr zabiera i na trawnik. I na trawnik. I znowu to samo. I się tylko wkurzam :) Tam gdzie zahacza się samo, zostaje :) Nie zbieram potem wiosną osobno liści, bo ja bylinówki ścinam hurtem i nie ma czasu na wybieranie. Jadą nożyce do żywopłotu albo kosa, z brzegu kosiarka i wszystko ścinam tuż przy ziemi- nie ma czasu na segregację :) Poza tym najbardziej wartościowe są liście tuż po opadnięciu więc nie wiem czy warto. Sądzę, że najlepiej byłoby je delikatnie przemieszać z obornikiem i zostawić tam gdzie zimowały- od razu zrobiłoby się fajnie i pulchno :)

      Pozdrawiam i zapraszam częściej :)

      1. I tak zrobię , dziękuję. Tym bardziej, że z zaleceń nawozowych mam właśnie wiosną dostarczenie ziemi azotu (mamy trochę niedobory) :)

        1. Skoro zalecenia z laboratorium to pewnie dawkowanie w saletrach wypunktowane? :) Nie żebym się czepiała, ale to działanie na krótką metę. Nie bez powodu rozpisane jest to na kilka dawek w ciągu roku- działa szybko, ale krótko. Diagnostyka na start to super sprawa, ale trzeba moim zdaniem z dystansem podchodzić do zaleceń nawozowych i patrzeć nieco dalej. Kupa gnoju wywieziona na pole da efekt szybko, ale na krótko. Ta sama kupa zmieszana z trocinami albo słomą będzie karmić ziemię dłużej, bo część składników będzie dostępna dla roślin od razu, a część dopiero po rozłożeniu przez organizmy glebowe- i to jest moim zdaniem myślenie perspektywiczne :) Każdego roku taka dawka i gleba będzie coraz lepsza, coraz lepiej będzie magazynować składniki pokarmowe roślin, coraz więcej w niej życia…. Taka ziemia to inwestycja, a próchnica jakiej dostarczymy z materią organiczną to glebowa skarbonka pomagająca zaoszczędzić to tu, to tam, również na nawozach sztucznych :)

          Z liśćmi naprawdę trzeba uważać i brać serio zwiększoną dawkę azotu. Spotkałam się z doświadczeniem, w którym nawet rośliny strączkowe (!) wysiane tuż po aplikacji suchych liści, wykazywały znaczne niedobory azotu. Także polecam przemieszać to z czymś „treściwym” :)

          1. Bardzo słuszne jest to co mówisz.
            Te „zalecenia nawozowe” to nie z laboratorium tylko od speca z jednego z forum.
            U mnie problemem jest właśnie brak takiego obornika „naturalnego”. Słomy też nie ma skąd wziąć, bo chociaz mieszkam na wsi, to rolników u nas „niet”.
            Staram się nie używać chemii w ogrodzie posiłkując się naturalnym nawożeniem i ochroną roślin. I coraz lepiej mi to wychodzi.

          2. To jeszcze Ci napiszę w takim razie, że kilka lat temu po skoszeniu wszystkiego w sadzie (wszystkiego co pod drzewkami) opryskałam tą przemieloną materię mocznikiem. To miał być mój sposób na walkę z jakimś robalem czy innym parchem zimującym na opadłych liściach- nie pamiętam teraz. W każdym bądź razie po takim oprysku wiosną nie było śladu po liściach. Rozłożyły się błyskawicznie. Co prawda drzewka nadal chorowały, ale liści nie było :D

            Trzymam kciuki za Ciebie :D Fajnie jest kiedy po kilu latach widzisz, że ta ziemia która uprawiasz jest coraz fajniejsza :D „Karm ziemię, nie rośliny” :D Takie permakulturowe powiedzonko mi się przypomniało ;)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s