Jak zrobić wermikompost w domu

Wermikompost czyli o złotej kupie słów kilka

wermikompost

 

O kompostowaniu pisałam nie raz i nie jeden jeszcze napiszę. Lubię to robić, lubię sprawdzać, obserwować, lubię przerabiać, wykorzystywać, lubię wąchać, dotykać, lubię w końcu czekać i patrzeć. Sprawia mi to taką zwykłą ludzką radość. Nie kompostuję bo muszę, bo nie stać mnie na wywóz odpadów, bo mam ich za dużo, bo chcę być modna, czytana, bo zero waste i te sprawy; kompostuję, bo uważam to za swego rodzaju sztukę i jest to takie moje małe hobby 🙂 O podstawach przeczytacie sobie na przykład TUTAJ, a dzisiaj zajmę się szczególnym rodzajem przerabiania odpadów organicznych jakim jest…

wermikompostowanie

Dżdżownice wykorzystywałam od dawna, ale po raz pierwszy skusiłam się na eksperyment domowy. Resztki organiczne wynoszone zimą do ogrodowego kompostownika pracują niewiele aż do przedwiośnia. To dla mnie parę miesięcy w plecy, kupowany wiosną biohumus kosztuje niemało, a ja zużywam go bardzo dużo. Połączyłam fakty i wyszło mi, że bez problemu mogę robić to sama w domowym zaciszu. W dodatku nie potrzeba do tego drogich wiader, magicznych proszków, ani emów w plastikowych butelkach. I żeby było jasne, nie mam nic przeciwko preparatom ekologicznym, ani pięknym domowym kompostownikom, mam za to dużo przeciwko wciskaniu ludziom, że bez tego ani rusz. Tak więc przegląd domowych kompostowników macie u mnie jak w banku, ale dzisiaj pokażę wam krok po kroku jak z odpadków kuchennych uzyskałam gotowy do użycia wermikompost wydając na to jakieś … 25 zł i wiem, że było to o 25 złotych za dużo, ale zależało mi na czasie 😉

jak zrobić wermikompost w domu

Wermikompost (nawóz koprolitowy) to mówiąc najprościej nawóz uzyskany w wyniku kompostowania materii organicznej przy użyciu robaków, najczęściej różnych gatunków dżdżownic.

Najpopularniejszą i najłatwiej dostępną do tego celu jest dżdżownica kalifornijska zwana też kompostowcem różowym (Eisenia fetida), ale w Europie równie często wykorzystywany jest inny gatunek Eisenia hortensis sprzedawany pod nazwą Dendrobaena veneta i reklamowany błędnie jako odmiana kalifornijki. Jest to według hodowców gatunek równie szybko pracujący, ale dużo bardziej odporny na zmianę warunków, można go też dłużej przechowywać na sucho i na chłodno, przez co dominuje w sprzedaży jako tzw. robak na wędkę. “Na sucho” nie oznacza jednak, że można dżdżownicę ususzyć, a po dodaniu wody ona ożyje 😉 Robaki przy niedostatecznej ilości wilgoci w glebie lub nie do końca odpowiadającej im temperaturze przechodzą w stan odrętwienia mogący trwać aż kilka miesięcy. Dzięki temu możemy nabyć je w sklepie wędkarskim, gdzie stoją sobie grzecznie w lodówkach umieszczone w kubeczkach (wypełnionych czymś, co przypomina suchy torf) wyglądając na martwe. Po podniesieniu temperatury i wilgotności w magiczny wraca im chęć do życia. Takie robaczki instant prawie 😉

Co ten wermikompost daje?

Dla nas ogrodników jest to czyste złoto. Wermikompost to taki najlepszy na świecie kompost, nawóz organiczny, polepszacz gleby i fabryka emów w jednym. Nawet czysty obornik nie da naszemu ogrodowi tyle dobra, co obornik zjedzony i wydalony przez dżdżownice. Pożerają one ogromne ilości materii organicznej. Potrafią w ciągu dwóch dób przepuścić przez siebie tyle, ile same ważą. Najpiękniejsze jednak dzieje się w środku ich przewodu pokarmowego. Potrafią trawić niektóre szkodliwe bakterie i grzyby namnażając jednocześnie inne, pożyteczne. Skład mikrobiologiczny materiału przed i po przerobieniu przez te śliczne skąposzczety jest już zupełnie inny.

Tam w środku dzieje się magia, na którą biolodzy mają szereg dużo bardziej przyziemnych określeń 😉 Dżdżownice oczyszczają też przerabiany materiał z metali ciężkich poprzez wydalanie ich w formach niedostępnych dla roślin lub poprzez magazynowanie ich we własnych tkankach. Koprolity (czyli te dżdżownicze kupy) ożywiają glebę aktywując jej życie biologiczne. Ponadto wszystkie składniki pokarmowe jakie za ich pośrednictwem dostarczamy do gleby są dostępne dla roślin od razu, co zdecydowanie odróżnia go od innych nawozów organicznych.

Z wermikompostem dostarczamy do gleby:

  • azot
  • potas
  • fosfor
  • wapń
  • magnez

jak zrobić wermikompost

Od ogryzka do czarnej grudki, czyli jak zrobić wermikompost w pięciu prostych krokach

Jedziemy z tym koksem, teraz praktyka- to ona czyni mistrzem 😉

Zaczęłam około 10-ego października br. Naoglądałam się wiader bokashi i z myślą o ogromnych ilościach wyciekającego płynu (i zapominając, że to zupełnie inny sposób przerabiania) kupiłam sklepie z chińszczyzną plastikowy durszlak z pokrywką. Dołożyłam do tego haczyki z podwieszanej doniczki i taką konstrukcję wpuściłam do dużego plastikowego wiadra ogrodowego (lub budowlanego- w zależności od profesji posiadacza owego wiadra). Sitko zaklinowało się idealnie zostawiając kilka centymetrów wolnej przestrzeni między nim, a dnem wiadra. Wrzuciłam nieco resztek z kuchni, garstkę dżdżownic, kawałki tektury, zwilżyłam wszystko i czekałam. Pierwsze uciekły po kwadransie. W dół. Po godzinie kolejne. Jeszcze tego samego dnia wyłożyłam dno sita ręcznikiem papierowym i na to dopiero wyłożyłam obierki z dżdżownicami. Po trzech dniach miałam dosyć. Mimo iż oczka w dnie durszlaka były maleńkie to dżdżownice i tak się przedostawały. Płynu na dnie nie było prawie wcale. Zaczynały się zlatywać muszki. Nic co pisali w interenetach mi się nie sprawdziło. Po tygodniu wiedziałam już, że albo zrobię to po swojemu, albo wcale 😉 Durszlak poszedł w odstawkę 😉

Teraz robię to tak:

Etap 1 Gromadzę na sucho

Pojemnik nr 1 to miejsce służące gromadzeniu resztek kuchennych na bieżąco. Dno wysypuję suchym materiałem takim jak:

  • trociny- leżakowały od zeszłego roku przesypane gołębiakiem (to nie wymóg-takie po prostu mam)
  • resztki roślin skrzynkowych ususzone przypadkiem, zeszłoroczne pelargonie, ususzone begonie i takie tam resztki suchulców
  • sucha jak popiół ziemia została w donicach po przesadzaniu roślin
  • rolki po papierze toaletowym, ręcznikach papierowych, wytłaczankach jajek itp
odpadki kuchenne kompostowanie
Tak to mniej więcej wygląda w trakcie składowania i nie zostało przygotowane na potrzeby zdjęcia, wyjęłam to z wiadra

Na dnie najlepiej sprawdziły mi się trociny i stare suche pelargonie. Wsypuję dobre pięć centymetrów i na to wrzucam na bieżąco odpadki kuchenne. Staram się je w miarę możliwości rozdrabniać, ale bez przesady, nie będę kroić ogryzka na kilka części 😉 Każdą mokrą porcję przesypuję wysuszoną na wiór ziemią. Chodzi o to, aby resztki roślinne były suchutkie, aby ten suchy materiał (trociny, ziemia, suche łodygi) wyciągnął z nich soki. Po co? Żeby nie mieć problemów z muszkami owocowymi. Nawet jeśli przykryjecie wiadro filtrem węglowym (do kupienia w sklepach z AGD- przy okapach) to one i tak się pojawią w środku, a przy podniesieniu pokrywki wylecą czarną, muszkową chmurą prosto na mieszkanie.

Kiedy wiadro się napełni, biorę drugie i wsypuję na jego dno kilka centymetrów trocin. I zaczynam przekładać z wiadra pierwszego do drugiego zwilżając co chwilę każdą porcję wodą. To, co wcześniej było u góry ląduje na dole, ale to nie jest taki istotne w tym momencie, ważniejsze, aby każdą porcję zwilżać. Tak przygotowane wiadro odstawiam w ustronne miejsce na kilka dni, dbając o to, aby nie przesychało na wierzchu. Po dwóch dniach w środku jest już ciepło, co możecie sprawdzić wkładając do środka rękę. Nasza masa właśnie zaczyna pracować 🙂 Na tym etapie nie ma jeszcze dżdżownic. W przeciwnym razie właśnie opuszczałyby pojemnik 😉 Po jakimś tygodniu mieszam wszystkie resztki, a na wierzchu kładę garstkę “moich dziewczyn”.

Etap 2 Dojrzewanie

Wiadro ze świeżo włożonymi dżdżownicami wymaga najwięcej uwagi od właściciela. Trzeba dbać o to, aby:

  • całość co kilka dni zamieszać- w tym momencie kilka dżdżownic podejmie próbę ucieczki. Zgarniamy je z powrotem i przysuwamy bliżej światła- same się schowają
  • jeśli czuję, że jest ciut za mokro to dodaję tektury, gdy za sucho zwilżam wodą

Gdy czuję, że całość jest już bezpieczna odstawiam na powolne dojrzewanie.

Etap 3 Dżdżownice jedzą, nikt im nie przeszkadza.

Mieszam bardzo rzadko, już tylko okazjonalnie dokładam tektury, zwilżać też praktycznie nie muszę, ale jeśli to tylko sam wierzch. W wiadrze pojawiają się żółte jajeczka- to znak, że moje pomocnice żyją w dostatku, czują się bezpiecznie i wiążą przyszłość  moim gospodarstwem domowym. Cieszy mnie taka sytuacja.

Etap 4 Oddzielanie dżdżownic od gotowego kompostu

Kiedy nasz domowy wermikompost dojrzeje (co poznacie po braku nieprzerobionych części roślin) to oczywiście możemy go razem z tymi dżdżownicami wysypać na dworze. No, ale ponieważ mamy aktualnie zimę (co jest głównym powodem trzymania przeze mnie robali w domu) i żal by nam było biednych stworzeń to możemy chcieć je oddzielić.

Istnieje kilka metod odseparowania dżdżownic od gotowego kompostu. Mi sprawdziły się dobrze tylko dwie z nich i je w tym miejscu opiszę.

  1. Metoda na naświetlany stożek. Należy wysypać całość wiadra na jakieś nieprzepuszczalne podłoże (u mnie jest to stół) formując delikatnie a’la piramidę, stożek- chodzi o ten kształt mąki wysypywanej na stolnicę 😉 Wysypujemy i świecimy od góry lampką. Dżdżownice uciekają wgłąb kopczyka. Zbieramy ręką wierzchołek (już nie powinno być tam robaków). Dajemy im chwilę, aby zeszły niżej. I tak zbieramy co chwilę z wierzchu po parę centymetrów gotowego, pozbawionego robaków kompostu. Ostatnia, najniższa warstwa zawiera dżdżownice.
  2. Metoda druga polega na tym, że mieszamy kompost z dżdżownicami (one wtedy się wkurzają i ruszają na wędrówkę) i układamy z jednej strony świeże odpadki na przynętę. Najlepsze będą te, które mają już za sobą etap ciepły. Następnego dnia większość dżdżownic zbierze się właśnie w tej niewielkiej warstwie świeżego jedzenia. Zabieg można dla pewności powtórzyć.

Nigdy nie zbierzemy wszystkich dżdżownic. Problematyczne są też jajeczka. Część można przenieść ręcznie, ale cała reszta musi się po prostu wykluć żeby można było takie młode dżdżowniczki zwabić jakimś smacznym kąskiem.

Etap 5 Wermikompost gotowy

Kompost gotowy. To już w zasadzie nie etap, a stan 🙂 Ja się cieszę, chwalę nim, robię wyciągi, czekam aż wyklują się kolejne jajeczka. Dbam o stałą wilgotność, bo mam z tyłu głowy, że te czarne grudki to żywy materiał najeżony mnóstwem pozytywnych mikroorganizmów i szkoda by było je tracić:)

gotowy wermikompost
gotowy wermikompost to same gruzełki

Wyszło mi tego…

Nie chciałabym abyście zrazili się ilością pojemników. Robiłam to w ten, a nie inny sposób, aby po pierwsze mieć wolność w próbowaniu różnych zabiegów, a po drugie aby na koniec zimy zobaczyć ile litrów rzeczywiście zużywam. Patrzę na te wiadra i wydaje się bardzo dużo, ale można przyjąć, że 1/5 (może 1/4) to materiały przyniesione z zewnątrz czyli te trociny, ziemia, tektura itd. Ja wiem, że bez tego też powinno się udać, ale ponieważ trzymam to w domu to nie chciałam ryzykować, że o jeden ogryzek za daleko i mam chmarę muszek, albo gnijącą breję. Od października do teraz (koniec lutego) uzbierałam w sumie tyle materiału (w rożnej fazie), że zapełniłabym 1,5 kuwety budowlanej. Myślę, że te dwie pełne kuwety to jest właśnie ilość jaką muszę liczyć dla mojej trzyosobowej rodziny zakładając, że w domu kompostuję od października do połowy/ końca marca.

Czym karmić dżdżownice

  • resztki owocowo-warzywne tj. skórki, obierki, ogryzki, niejadalne części roślin itp.
  • roztarte drobno skorupki jaj (ja rozdrabniam je w ręce przez rękawicę- super sprawa)
  • pamiętajmy, że dla nas odpady, ale dla robaków pokarm, więc muszą to być zdrowe, niespleśniałe części roślin (mogą być zwiędłe albo ususzone, ale nie spleśniałe)
  • nie kompostuję cytrusów, bo nawet po wyszorowaniu skórki gorącą wodą pleśniały mi w wiadrze
  • nie kompostujemy mięsa, ani kości. Te ostatnie możemy wypalić w piekarniku i wysypać do kompostownika na zewnątrz albo potłuczone młotkiem wysypać w ogrodzie. Do dżdżownic nie wyrzucamy bo i tak nie będą w stanie tego rozłożyć w tak krótkim czasie
  • kompostujemy tekturę, trociny, inne suszki*
  • fusy kawowe i herbaciane (te ostatnie można razem z torebkami)
  • nie kompostujemy papierów laminowanych, błyszczących, zadrukowanych
  • normalnie wyrzucam na kompost też włosy ze szczotki czy niemalowane paznokcie (no co? przecież pisałam nie raz, że to jak mączka rogowa, to co się dziwicie?), ale do dżdżownic już nie będę dodawać, nie nadążają i przy mieszaniu włosy potrafią być dla nich zabójcze- jeśli wiecie co mam na myśli 😉 Jeśli nie wiecie to scena z laserem z Resident Evil powinna was naprowadzić :O
  • nie wyrzucamy resztek żywności wysokoprzetworzonej

*Tektura w postaci rolek po papierze toaletowym, ręcznikach papierowych, wytłaczankach jajek itp. oraz trociny, suche pędy i temu podobne to wsad, który ma co najmniej kilka zadań do spełnienia. Po pierwsze wyciąga nadmiar płynów naszych odpadów. Po drugie to materiał, który zawiera więcej węgla, więc zmienia na bardziej korzystny stosunek C/N (węgla do azotu), a po trzecie i ostatnie jest znakomitym źródłem celulozy niezbędnej dżdżownicom przy rozmnażaniu.

Rozmnażanie

Skoro o rozmnażaniu mowa to trzeba wspomnieć, że jest to jeden z powodów dla których używa się tych konkretnych gatunków o których wspomniałam na początku artykułu. Mówi się, że domowe kompostowanie najlepiej zacząć od 500 sztuk. Myślę, że to całkiem dobra liczba, ale ja nie miałam tyle szczęścia. “Kalifornijki” kupowałam w sklepie wędkarskim i mogło to być około 60-80 sztuk, 15 z nich było dużych- to pamiętam. Wydaje się bardzo mało i rzeczywiście zniknęły w pierwszej porcji odpadków. Na szczęście gatunki używane przy kompostowaniu mają to do siebie, że mnożą się na potęgę. W tej chwili w każdym pojemniku mam na pewno kilkaset sztuk i nawet nie przyszłoby mi do głowy, żeby je liczyć. Potencjalnie ze stu dorosłych sztuk możemy po trzech miesiącach otrzymać 2800.

Podsumowanie

Wierzcie lub nie, ale bardzo chciałam opisać wszystko w króciusieńkim artykule. Niestety jak widzicie nie wyszło. Trudno. Może następnym razem się uda 😀 Na koniec jeszcze tylko rozwieję kilka najczęstszych wątpliwości 🙂

  • dżdżownice kalifornijskie nie uciekają z miejsca, w którym im dobrze, nie rozlezą się po domu tylko dlatego, że mogą 😉
  • jeśli boisz się, że utopisz je zbyt mokrą zawartością wiadra to spokojnie, dżdżownice wytrzymają dłuższy czas nawet pod wodą jeśli ta jest dobrze natleniona. Z wiadra uciekną przed gnijącymi od nadmiaru wilgoci odpadkami
  • bardziej niż woda szkodzi im słońce, nie wystawiaj ich na nie
  • idealny przedział temperatur w jakich są najaktywniejsze to 15-25℃
  • potrafią żyć 15 lat- to nie przelewki
  • mnożą się bardzo, bardzo szybko, będziesz miał komu wydać?
  • odpowiednio przygotowany materiał nie śmierdzi, jeśli to robi to znaczy, że gnije

 

 

biohumus

Jeśli pominęłam jakiś interesujący was aspekt takiego przerabiania domowych odpadków śmiało pytajcie, a ja postaram się odpowiedzieć najlepiej jak umiem. A może wcale nie musicie pytać, bo wam to dżdżownice z ręki jedzą? 😉

Podobał Ci się ten artykuł? Udostępnij swoim znajomym. Z góry dziękuję.

 

32 thoughts

  1. Artykuł się podobał, podobnie jak filmik wcześniej. Ciekawy temat, szczegółowo, technicznie opisany (to zaleta). U mnie dżdżownic kalifornijskich nie ma, ale są gatunki rodzime zarówno na kompostowniku, jak i w całym ogrodzie, gdyż używam dużych ilości ściółki z liści. Wystarczy ją rozchylić, by przekonać się o bogactwie życia, jakie się tam toczy.

    1. Tak tak, w ogrodzie pod liśćmi ich sporo, ale ja stosuję inny wabik na nie. Otóż rozkładam na ziemi tekturę, zwilżam, kładę na to cienką warstwę obornika, przyciskam drugą tekturą, zwilżam, zapominam. Po kilku dniach przychodzę, podnoszę delikatnie rozwalający się już papier i wybieram dżdżowniczki 😁 Idą wtedy prosto na nową pryzmę kompostownika.
      Ale jak potrafisz chrząkać to możesz być królem dżdżowniczek. Chrząkacz to wymierający zawód, ale wciąż masz szansę 🙂 Zobacz jak robią to najlepsi: https://youtu.be/3ILoGcSxCAY

      1. Mój kompost często trafia do donic z roślinami, a te, wiadomo, bywają przesuwane, przenoszone. Zauważyłem, że mocniejsze stuknięcie donicą o podłoże powoduje wyjście dżdżownic na powierzchnię.

      2. No żebym na filmie nie zobaczyła to pomyślałabym że to nabijanie się z nas!
        Ale przypomina mi się że wujek w celu uzyskania dżdżownic na ryby wprawiał ziemię w wibracje przez ruszanie wbitymi widłami. Też było skuteczne!

        1. Lubię moment, w którym luźna pogawędka inspiruje 😀 Biorąc pod uwagę zawód chrząkacza i to co napisał Andrzej wyżej, ja już mam pomysł jak w jeszcze łatwiejszy sposób wywabić dżdżownice z kolejnej partii kompostu. Ja po prostu wezmę postawię wiadro z nimi na pralce w czasie wirowania i będę czekać ze słoikiem 🙂 Dobry pomysł? Dam znać czy działa 🙂

          1. Pralka wibrująca może być dobrym pomysłem!
            U tych dżdżownic chodzi o lęk przed kretem, dżdżownicożercą bezlitosnym, który w ziemi przemieszcza się wibracje powodując. Szybciutko uciekają na górę, bo krety jasności nie lubią i rzadko wychodzą na powierzchnię. One też światła nie lubią, ale ryzykują. Kret znajduje te powolniejsze albo ignorantki.
            A swoją drogą te dżdżownice wyglądają jakoś tak żeńsko, może przez skojarzenie z Dżdżownicą Magdą z Pszczółki Mai, a to są fachowe obojnaki, takie dwa w jednym. Każda sztuka może mieć dzieci i się ich wychowaniu poświęcić, doskonałe równouprawnienie!

          2. Mam pojemnik gdzie już w zasadzie ostatnie niedobitki są do wybrania i cała masa malutkich, przy ich pomocy postaram się w weekend sprawdzić czy metoda dobra 🙂

            Ja się dżdżownicom nie dziwię, że tak na to śmiercionośne słońce przed kretem uciekają. Krety robią sobie z nich żywe zapasy na zimę i uszkadzając im jakiś nerw trzymają takie żywe, ale sparaliżowane w swoich spiżarniach. Okrutne. Ludzie też często wolą skoczyć niż ginąć w pożarze- myślę, że to może być ten rodzaj decyzji.

            Tak, oczywiście że dżdżownice to obojnaki, dziewczyny to tak bardziej na zasadzie: “dziewczyny” 😉

  2. Nie uważam, że tekst jest za długi – poczytałabym jeszcze :).
    Mieszkając w bloku, z dala od ogrodu, cierpię przez całą zimę będąc zmuszoną do wyrzucania odpadków organicznych. Otworzyłaś przede mną drzwi do nowego świata! Muszę tylko znaleźć jakiś spokojny i ciepły kącik na wiaderka (z dala od oczu rodziny) i spróbować pójść w Twoje ślady. Eksperymentuj dalej! Liczę na kolejne nieortodoksyjne pomysły.
    Zdradź jeszcze w jakich proporcjach mieszasz humus z wodą do podlewania?

    1. I to jest najlepsze: na ten pięciolitrowy słój dałam raptem łyżkę stołową gotowego wermikompostu. Sama byłam w szoku jakie cudownie ciemne się momentalnie zrobiło 🙂 Gotowego kupowane go w sklepie musiałabym dać z pół butelki. Nie mogłam powstrzymać radości i od stycznia już zaczęłam podlewać parapetowce. No wiem, że nie powinnam, bo za wcześnie, ale nie umiałam się powstrzymać 😁

  3. Czekałam na ten wpis:-) Dzięki, mogłam udowodnić mężowi, że nie jestem totalnie w osamotnieniu zbzikowana:-) W między czasie kompostuję w ikeowskim pojemniku na zabawki. To znaczy one tam siedzą i kompostują. Zastanawiam się, w jakim celu jest ten pojemnik pierwszy? Może ten etap ułatwia późniejsze działanie dżdżownicom? Trochę roboty jest, szczególnie to oddzielanie jest (chyba) czasochłonne. Jak grzebnę w moim pojemniku, to dżdżownic jest takie mnóstwo, że nie mam pojęcia jak mogłabym je oddzielić. No i niestety zawartość nie nadaje się na wysypania na stół, jest to jednak dosyć mokre. Pozdrowienia serdeczne

    1. Pierwszy pojemnik służy tylko i wyłącznie zbieraniu (na sucho-to kluczowe). No taki patent wymyśliłam żeby nie mieć problemu z zapaszkiem ani muszkami. Sprawdził się bardzo dobrze, więc póki co nie eksperymentuję dalej, a puszczam w świat info, że to działa 🙂
      Widziałaś filmik o chrząkaczach, który wrzuciłam wyżej? I co Andrzej dodał? A mój nowy pomysł, który się z tej mieszanki wykluł? Może pierwsza spróbujesz? 🙂

  4. Tekst znakomity, jak zawsze zresztą. Z taką instrukcją to tylko brać się za domowy wyrób kompostu. Wszystko dokładnie wyłożone jak “kawa na ławę”. Lubię takie instrukcje z własnego doświadczenia, bo po co wyważać otwarte drzwi.
    Przewaga kompostu “domowego” jest też taka, że naszych pomocnic nic z kompostu nie wyżera, w przeciwieństwie do tego produkowanego w kompostowniku.
    Ja odzyskuję część biohumusu z kompostownika, bo przed nim wkopałam w ziemię pojemnik, a z podłoża kompostownika wystaje kawałek sztywnej folii po której spływa do pojemnika biohumus.

    1. Normalnie rozpieszczacie mnie tymi komplementami ostatnio to aż się nie chce od komputera odchodzić 😀

      Jeśli tych “dziewczyn” moich będzie przybywać w takim tempie jak teraz (a pewnie będzie) to ja zastanowię się czy nie zrobić w ogrodzie jakiejś pryzmy specjalnie dla nich. Zdarzało mi się kupować kalifornijki i wkładać do kompostownika, ale stanowiły jedynie dodatek, a teraz kiedy widzę co potrafią zdziałać w kilka tygodni to ja im nieba przychylę, byleby tylko żyły, jadły i … wiadomo 😉

      Mój biohumus to czysty wyciąg z gotowego już wermikompostu, nie ma w tym tych pierwszych soków więc nie można przenawozić.

  5. Jestem zachwycona materiałem o produkcji i wpisami.Przyznam się.że trafiłam na artykuł przez przypadek. Ja zbieram odpadki chyba nie świadomie,bo mam na balkonie wiaderko i wszystko to co może trafić na kompost chodzi o odpadki kuchenne zbieram żeby po napełnieniu wywieźć do ogrodu. I wywożę teraz, w zimie, zamarznięte i będę czekać do lata żeby to się przerobiło z rodzimymi dżdżownicami. Ale nie mam odwagi zabrać tego wiadra do mieszkania, i trzeba kupić dżdżownice a jak zaczną spacerować po parkiecie strach . No i stop.Nie wiem co robić czy zmienić swoje przyzwyczajenie???? Pozdrawiam.

    1. Może metoda “In situ” by cię zainteresowała? Mając na przykład zapas słomy (wiem, że to może brzmieć dla niektórych absurdalnie, dla innych to normalka) trzymany w domku ogrodowym mogłabyś nakrywać wywożone resztki w jesienią przygotowanych grządkach ziemnych. Nie trzeba tego kontrolować, bo zaczyna pracować przy pierwszych wyższych temperaturach. I można sadzić od razu wiosną warzywa z rozsady 🙂 Warto poczytać o metodzie w każdym razie, polecam 😉

      A co do odwagi, to myślę, że można spróbować trzymać w bezpiecznym miejscu: pod zlewem, w łazience… albo pod światłem po prostu- wtedy na pewno z własnej woli nie wyjdą 🙂 Zresztą, ten gatunek właśnie tym się też charakteryzuje, że nie wędruje jeśli nie musi. Trzymają się swojego miejsca tak długo jak to możliwe, nawet zbijają się w takie śmieszne dżdżownicowe kupki 🙂 Także nie wiem jak przezwyciężyć strach przed zabraniem ich do domu, ale może w ten sam sposób co przezwyciężyłaś strach przed trzymaniem odpadków na balkonie? 😉

  6. Jak w wiaderku mają wszystko co im jest potrzebne do szczęścia to po co mają wyłazić na parkiet? Chyba że się zbytnio rozmnożą i się im skurczy przestrzeń życiowa…
    A propos biohumusu – bardzo jestem ciekawa jak się kształtuje jego skład chemiczny i na ile jest on powtarzalny w kolejnych partiach. Ale rozumiem że zbadanie tego to trudna sprawa. Chyba że znajdzie się jakiś chemik i ogrodnik w jednym.

    1. A wiesz, akurat sporo tabelek w sieci widziałam. Tylko, że w zasadzie porównywanie ich nie ma większego sensu, bo za każdym razem proporcje pierwiastków będą inne. Najczęściej trafiałam na tabelki badań dotyczących przetwarzania osadów z oczyszczalni ścieków komunalnych i kompostowni miejskich (przykładowe: http://ros.edu.pl/images/roczniki/archive/pp_2011_089.pdf ). Wiadomo, że w takich sytuacjach muszą to badać, choćby po to żeby wiedzieć czy to nadal jest odpad, czy mogą to sprzedawać jako środek wspomagający wzrost roślin czy w końcu jako nawóz. Okazuje się na przykład, że żeby coś było nawozem to musi zawierać w składzie minimalne określone w Rozporządzeniu Ministra Rolnictwa dawki poszczególnych składników, ale żeby coś było środkiem wspomagającym wzrost to już wystarczy, że środek taki nie przekroczy określonego poziomu zanieczyszczeń… Niezbyt zachęcające, nie?
      Ale nie o tym chciałam pisać… 🙂 Zmierzałam bardzo okrężną drogą do tego, że nie sam azot, potas, fosfor są najcenniejsze w wermikompoście, a to życie biologiczne, które się z nim wprowadza, te namnożone w przewodzie pokarmowym dżdżownicy bakterie- to jest najcenniejsze 🙂 I nie da się tego badać w domowych warunkach 🙂 Chyba, że bardzo byś chciała, no to wtedy każdą partię musiałabyś oddać do Okręgowej Stacji Chemiczno-Rolniczej. Gdybym miała toaletę kompostującą to bym z tego na pewno skorzystała (żeby wiedzieć czy mój kompost jest już bezpieczny, czy nie zawiera szkodliwych pasożytów itd.), ale w przypadku kompostowania resztek owocowo-warzywnych to ja nie widzę takiej potrzeby. Ale się rozpisałam 🙂

  7. Wielka jesteś, Kobieto! Wiesz, że kompostuję wszystko, ale póki co, nie w domu, wynoszę do ogrodu. Nie miałam pojęcia, że dżdżownice reagują na wibracje! Super filmik, komentarze też. W ogóle wszystko ciekawe.

  8. Obawiam się, że mąż padłby trupem, jakbym zaczęła kompostować w domu. Zresztą u nas tak ciasno, że chyba pod sufitem bym musiała podwieszać te wiadra. Ale niech no tylko on zamontuje sobie kaloryferek w piwnicy, to nie zna chłop dnia ani godziny 😀

    1. Czasem mi szkoda tych panów mężów ogrodniczek 😀 Ale potem prędziutko współczucie ustępuje miejsca innemu uczuciu- coś pomiędzy zazdrością o mięśnie i siłę, a złości, że się tych atutów ogrodniczo nie wykorzystuje 😉

  9. Że też nie trafiłam na ten wpis jesienią ! Mam garaż. Mogę tam ustawić bardzo wiele pudeł z Ikea z dzdzownicami. Nawet bym się tak nie bała, że uciekną 😉 A tak to wynosiliśmy wszystko do kompostownika w ogrodzie i dopiero odmarzło. Myszki się za to bardzo cieszą :))
    Rozpocznę eksperymenty już teraz. 2 tygodnie w porównaniu z dojrzewaniem kompostu w kompostowniku to brzmi jak bajka.
    Ale mam i pytanie. Bo wszystkie się boicie Ucieczki Dżdżownic. A tych pojemników nie można przykryć pokrywką z otworkiem w wieczku? Ikeowskie pojemniki takowe mają.
    Dżdżownice myślę można odsiać przesypując gotowy kompost przez sitko do kompostu. A potem wrzucić je do nowego pojemnika ze składowanymi resztkami.
    Jak widzisz bardzo się zapaliłam do pomysłu :))
    Fantastyczny blog! I Twój styl pisania, i tematy i gust ogrodowo-roślinny.
    Pozdrawiam serdecznie. Agata

    1. Myślę, że wiem dlaczego nie trafiłaś na ten wpis jesienią. Bo on pojawił się w lutym 🙂 Ale lepiej późno niż wcale, prawda? Witaj w mojej krainie nowa czytelniczko 🙂

      Garaż czy piwnica to moim zdaniem najlepsza opcja. Bardzo brakuje mi takiego pomieszczenia, bo mój garaż wolnostojący i nieogrzewany, więc wszystko marznie i o przechowywaniu np. dalii, mieczyków czy dżdżownic to ja mogę tylko pomarzyć.

      Dwa tygodnie? Musisz liczyć na przerobienie wiadra odpadów od sześciu do dziesięciu tygodni. Nigdzie nie wspominałam o dwóch…

      Dla dżdżownic większość dziurek jest za duża i mogą uciec. Potem zaczynają się rozmnażać i w ogóle mamy do czynienia z masą “niteczek”. Żeby mieć 100% pewności, że nie uciekną można nakryć włókniną, ale należy pamiętać, że kalifornijka trzyma się swojego miejsca i jeśli będzie jej dobrze to nie ucieknie 🙂 Odsiać z tego samego powodu się nie da, najmniejsze dżdżowniczki są mniejsze niż grudki gotowego wermikompostu. Trzeba je zwabić nowym żarłem po prostu, nie ma innego wyjścia.

      Pozdrawiam również i zapraszam częściej 🙂

      1. Rozpoczynam testy w ten weekend. 6 tygodni też brzmi dobrze 🙂

        W wersji garażowej i robieniu kompostu przez cały sezon jesienno-zimowy można by zacząć od niewielkiego pojemnika i tam zrobić pierwszą porcję kompostu. W tym czasie gromadzić odpadki przesypując je trocinami w kolejnym 2 razy większym. Przesypać do niego gotowy kompost z dżdżownicami i pozwolić im pracować nad większą porcją. Potem użyć jeszcze większy i w ten sposób zakończyć proces wiosną w pełnym dużym kubłem kompostu. I razem z robaczkami wysypać go na rabaty w ogrodzie.
        Myślisz, że to by zdało egzamin? Takie przesypywanie kompostu z dżdżownicami do coraz większych pojemników. To odsiewanie żyjątek mnie nie pociąga..

        1. Myślę, że jak najbardziej. Moje pojemniki właśnie się zwiększały, bo kuweta budowlana to nic innego jak zawartość dwóch wiader na nieco różnym etapie rozkładu. Ja to w ogóle uważam, że trzeba na całe to domowe kompostowanie spojrzeć pod kątem własnych potrzeb, oczekiwać, no i możliwości 🙂
          Napisałam o tym jak u mnie wyglądały poszczególne etapy, ale jeśli zrobisz to prościej, albo znajdziesz jakiś przydatny patent to ja sama chętnie i o tym przeczytam i zastosuję 🙂

          Życzę powodzenia na ten weekend 🙂

  10. Dzięki Monika, za tak szczegółowe omówienie twojej praktyki z dżownicami! 2 lata temu próbowałam przezimować moje kaliformijki i kompostować w domu, skończyło się na szalonej inwazji much i poddałam się… twój doświadczenia i rady przekonują mnie by spróbować ponownie. pozdrawiam ciepło

    1. Cześć Agata, miło cię widzieć tutaj 🙂

      Z muszkami owocowymi miałam jeden ciężki moment w ciągu tych kilku miesięcy- nie wyłapałam na czas leżącego na wierzchu starego banana i pół wiadra odpadków wyrzuciłam wtedy prosto do zewnętrznego kompostownika. W tym samym czasie tuż obok leżały dwie odkryte kuwety budowlane pełne dżdżownic i odpadków wstępnie już przerobionych i one pozostawały zupełnie poza zasięgiem zainteresowania wspomnianych muszek. Dlatego robienie tego pierwszego, wstępnego kompostowania w osobnym pojemniku uważam za bardzo fajną, bezpieczną opcję 🙂

      Próbuj, ja zachęcam bardzo. Sama do tej pory uważałam, że kompostowanie w domu to “grubsza” sprawa, trzeba mieć te wiadra bokashi i inne gadżety, a tu się okazuje, że garstka skąposzczetów i już podlewam rośliny własnym biohumusem 🙂

      Pozdrawiam również

  11. Też jestem maniaczką kompostowania. Mam kilka pytań.
    1. Czy w etapie pierwszym po przełożeniu do drugiego wiadra i zwilżeniu całość mocno się nagrzewa. Ja bym wolała, aby całość mocno się nagrzała i w ten sposób wyginęła część patogenów ( taki mechanizm działa przy przygotowywaniu podłoża do pieczarek).
    2. Czy skorupki od orzechów oraz popiół ze spalonych gałęzi są szkodliwe dla dżdżownic?
    3. W moim ogrodowym kompoście ilość dżdżownic jest proporcjonalna do ilości nawozu od królików, który wzbogacam mój kompost. Mimo, że cały czas szczepię mój kompost dżdżownicami napotkanymi podczas pielęgnacji ogrodu to jakoś mój kompost nie jest specjalnie atrakcyjny dla dżdżownic i mimo ponadrocznego cyklu kompostowania pozostaje dużo nie do końca rozłożonego materiału (zdrewniałe łodygi, gałązki, skorupki od orzechów).

    1. Witaj w moich blogowych progach maniaczko kompostowania 🙂

      1. Nie. To nie są temperatury jak te, z którymi mamy do czynienia przy układaniu pryzmy na ciepło. Myślę, że uniemożliwia to w tym momencie mała powierzchnia wiadra. Nie umiem ci odpowiedzieć dokładnie, bo termometr kompostowy nadal pozostaje w strefie moich marzeń (mikołaj czyta?), ale nie liczyłabym na to, że ciepło zabije szkodliwe patogeny. Za to robią to w pewnym stopniu dżdżownice o czym wspomniałam w artykule 🙂

      2. Dalej rozmawiamy o kompostowaniu w wiadrze? Przedawkowanie popiołu może zaszkodzić dżdżownicom, a na małej powierzchni nietrudno o to. Kompostownik ogrodowy także posypuję z umiarem. Dobra rzecz, ale dżdżownice nie przepadają. Lepiej gromadzić go w postaci suchej i wykorzystać jesienią w ogrodzie do podsypywania roślin- super nawóz bez azotu. Skorupki orzechów baaaardzo długo się rozkładają, to jedne z takich odpadków, których czasami mam dość, bo z pryzmy na pryzmę na pryzmę … Do domowego nie ma sensu dodawać, bo nie zdążą się rozłożyć, nie ma szans. Nie wiem jak wygląda zawartość juglonu w skorupkach (trzeba doczytać), ale jeśli go zawierają to też należałoby unikać dodawania ich do kompostownika. Ja mam tak niewielkie ilości w stosunku do innych odpadków, że za bardzo się tym nie przejmuję, ale gdyby miało być tego więcej to nie ryzykowałabym. Przecież wyciągi z orzecha stosuje się przy odrobaczaniu, więc nie może to wróżyć dobrze dżdżowniczkom 😉

      3. Dżdżownice kochają wprost obornik i jeśli bardzo chcesz mieć większą ich ilość w kompostowniku to zdecydowanie polecam dodawać go do pryzmy. Przyciągają je też fusy kawowe i przede wszystkim wilgoć. Widzę u siebie, że gdy tylko przeschnie mi pryzma to moment i dżdżownice się ewakuują. A nie oszukujmy się, czasem ten kompostownik zostaje sam sobie i przesycha 😉
      Jeśli chodzi natomiast o nierozłożone gałązki to możesz zobaczyć jak u mnie to wygląda o tutaj: https://ogrodowapasja.blog/2014/11/06/kompostowanie-magiczna-sztuczka-matki-natury/ Przesiewam kompost, a to, co zostaje mi na siatce używam do szczepienia nowej pryzmy lub do ściółkowania.

      1. Juglon wg Wikipedii rozkłada się w ciągu dwóch tygodni, jak gorzej pójdzie to w dwa miesiące najdłużej, a w orzechu włoskim jest głównie w liściach, to tych skorupek od orzechów bym nie demonizowała… Ja i liście, i inne części orzecha włoskiego kompostuję i już. Kupę kompostu mam olbrzymią, orzechowych kawałków na razie mało, ale nawet jak będzie więcej to będę kompostować! No ale jednak nie w warunkach domowych, tylko na działce…

        1. Super, że to sprawdziłaś, dzięki 🙂 Zwykle ludzie boją się liści, które lecą jesienia, a te chyba już w ogóle nie zawierają juglonu- tak coś kojarzę, że tylko świeże. Czyli można bez przeszkód kompostować skorupki orzechów, choć ja przy większej ilości nadal miałabym obawy. Nie wiem tylko czy wynikają one z ostrożności czy może lata słuchania, że orzecha nie dodajemy, że truje ziemię itd. zrobiło swoje 🙂

          1. Te lata słuchania… Mój dziadek zwierzęta dzielił na pożytechne i szkodniki… Dobrze że inteligentna i wykształcona jestem, to się z tego myślenia szybko wyzwoliłam.
            A w stronach mojej mamy dorośli bardzo uważali żeby do potrawy nie dostała się skorupka od jajka, zwłaszcza do dania dzieciecego. Podrążyłam i dowiedziałam się że: “od tego ma się ślepą kiszkę”. Wstrząsnęła mną ta wiedza, i wstrząsa znajomymi lekarzami : ) Moje dementi zasiało zwątpienie w teorię przekazywaną przez pokolenia i trochę sytuację uspokoiło.
            Świat jest pełen dziwnych sądów…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *