Ogrodnik wszystkowiedzący

brzoza jak się patrzy
fot. Magdalena Parzonka

Ogrodnik wszystkowiedzący to ogrodnik, który we wszystkim jest specjalistą, na każde pytanie zna odpowiedź, każdą roślinę uprawiał i nigdy nie popełnił błędu, to guru wszystkich ogrodników na świecie. Jeden mały problem polega na tym, że ten ogrodnik nie istnieje :O

Załóżmy jednak przez chwilę, że tym wszystkowiedzącym ogrodnikiem jesteśmy my sami, ale nie sami tzn. ja jestem, ty jesteś, my jesteśmy, ale jako całość, jako zbiór ogrodników :) I teraz jako ten wielki organizm, ten SUPER OGRODNIK chcemy przekazać innym naszą wiedzę, nasze prawdy i zasady, które każdy biorący się za bary z własnym kawałkiem ziemi powinien według nas poznać. Czy wiecie co chcielibyście wtedy przekazać innym? Jaką uniwersalną zasadą powinni się kierować? A może po prostu o czym pamiętać? Mi chodziło po głowie „po pierwsze nie szkodzić” i chętnie skubnęłabym to medykom gdyby nie fakt, że ciężko o zastosowanie tej zasady w praktyce kiedy wiedzy brak. A brak jej większości z nas gdy stawiamy pierwsze kroki na nowej działce, na której „coś” rośnie, na której jest „jakaś” ziemia, „jakieś” owady i „jakieś coś”. U każdego wyglądało to inaczej , ale moje początki były tak żałośnie nieporadne, że aż postanowiłam się z wami tym podzielić :D Bo moja naczelna zasada głosi, że:

Nie popełnia błędów ten, kto nic nie robi

Będę się tego trzymać i powtarzać każdemu, kto boi się uciąć pierwszą gałązkę, podzielić pierwszą bylinkę czy zrobić cokolwiek innego co już po kilku razach staje się łatwe, by po latach wykonywać to odruchowo. Czytanie mocno przyspiesza proces zdobywania wiedzy i dobrze jest czytać dużo, czytać wszędzie i czytać wielu autorów. Jasne, że nauka na własnej skórze jak żadna inna zapada w pamięć, ale hej, szkoda życia na naprawienie błędów których mogliśmy uniknąć bazując na doświadczeniu innych. Dlatego ja dzisiaj podzielę się z wami moimi ogrodowymi wpadkami :) A co! :D

Często będą to tak zwane oczywiste oczywistości o których jednak nie mogła wiedzieć osoba wychowana w bloku (mająca co prawda dostęp do ogródków babci jednej i drugiej, ale zupełnie niezainteresowana tematem) i która z kwiatami domowymi miała same złe doświadczenia, a przede wszystkim taka, która tzw. ogród widziała dopiero wieczorem będąc cały dzień poza domem. Po dziesięciu latach mogę się śmiać z każdej jednej wpadki, ale uwierzcie mi, że niejednokrotnie nie było mi do śmiechu :'(

Zasada nr 1

Pryskaj, albo nie pryskaj, ale drąż

Kiedy wprowadziliśmy się do obecnego domu wokół niego było coś, co nazywaliśmy umownie trawnikiem, choć intuicja podpowiadała, że to nie jest najwłaściwsze słowo. Była to trawa i inne takie wówczas jeszcze nienazwane wypełniacze tejże ;) Niezbyt mi się to podobało, ale nie bardzo wiedziałam co z tym zrobić. Aż w końcu babcia mówi (ach te babcie, one zawsze namieszają) żeby prysnąć: „pójdziesz Monisia do sklepu i poprosisz o oprysk na chwasty, oni Ci doradzą jaki kupić”- tak mówiła. Babcia miała w swoim pracowniczym ogródku działkowym trawnik przepiękny, gęsty i zieloniutki, więc postanowiłam pójść za radą i udałam się do pobliskiego ogrodniczego:

– Dzień dobry, chciałabym oprysk na chwasty.

– Jednoliścienne czy dwuliścienne?

– Yyyyy..

– Czy na takie i takie?

– Na takie i takie poproszę :)

Całą działkę polecieliśmy zadowoleni :D

W sklepie nikt się nawet nie zająknął, nikomu do głowy nie przyszło żeby zadać pytanie pomocnicze, a ja nie drążyłam czując, że ta wiedza i tak jest poza moim zasięgiem, że najlepiej zawsze kupić coś o szerokim spektrum działania, bo po co mi wiedzieć jakie mam chwasty skoro i tak nie chcę mieć żadnych. Tak to mniej więcej działa. A tak się kończy:

roundup to dziadostwo
Wstyd się przyznać, ale to moja działka jakoś krótko po naszym wprowadzeniu się. No.

Ta moja wpadka była największa, najboleśniejsza i zapamiętam ją na zawsze, tym bardziej, że cała działka po kilku tygodniach nabrała tego charakterystycznego herbicydowo-pomarańczowego looku. Środek na chwasty– aż sobie pogrubię, żeby zwiększyć szansę na znalezienie tekstu przez kogoś to właśnie jest na początku swej drogi i myśli czym tu trzeba prysnąć dla ładnego trawnika ;)

Prawda nr 2

Siać też trzeba umieć

ogrodowa pasja

Idę do ogrodniczego, ale tam o dziwo roślin nie sprzedają (pierwsza zagwozdka), ale nasiona już tak. I co robię? Kupuję kilka paczuszek i wracam do domu. Na szczęście na opakowaniu wszystko opisane dokładnie: co za roślinę nabyłam, kiedy wysiać i jak głęboko oraz kiedy spodziewać się pierwszych wschodów. No dobra, widziałam że w garażu poprzedni właściciele zostawili trochę doniczek. Ziemia rozmarzła, idę więc do ogródka ukopać nieco, usuwam z niej chwasty (wiadomo- myślę), nasypuję do doniczek, wysiewam maki, podlewam, czekam. O dziwno dokładnie po takim czasie jak napisali na papierku, pojawia się pierwsze zielone. Duma mnie rozpiera, bo ponoć tak trudno z nasion nowe rośliny otrzymać, a mnie nie dość że się udało, to jeszcze moje maki przyrastają w ekspresowym tempie. Przyjeżdżają kolejni goście, a ja z dumą prezentuję swoją produkcję. Według tego co wyliczyłam powinnam otrzymać kilka tysięcy roślin z tych kilkunastu doniczek. Żyję przyszłością mając w poważaniu że ktoś do chwastów moje „dzieci” porównuje. Nie znają się najwyraźniej, to mak wschodni, nie jakiś tam… Trochę zastanawia mnie dlaczego widzę te same siewki wszędzie wokół domu. Sypnęłam nasion to tu, to tam, ale nie spodziewałam się takich sukcesów. Te maki to był dobry wybór, spodobała im się moja ziemia. Raduję się więc do następnego roku kiedy to moje maczki wypuszczają szczawiową wiechę. Od tej pory każdą ziemię do wysiewów wypiekam najpierw w piekarniku, ewentualnie kupuję gotowe podłoże nie nazywając już tego wyrzucaniem pieniędzy w błoto. Mówicie, że nie wiecie czy ta siewka to chwast czy nie-chwast? Może akurat TUTAJ rozpoznacie coś swojego :)

Prawda nr 3

Nie ma prawdy uniwersalnej czyli opinia to opinia- każdy ma własną

rysunek

Każdy etap pasji ogrodniczej rządzi się swoimi prawami i walka z tym nie ma sensu. Na samym początku, kiedy nie mamy nic, kiedy zaczynamy od zera, każda roślinka cieszy. Jeśli siewka jest słaba, podpieramy ją wykałaczką. Jeśli pies obgryzł nam drzewko przy ziemi, palikujemy dookoła budując płotek, fosę, stawiając tabliczki z zakazem ;) Pomarańczowa od dwóch lat tuja stale otrzymuje od nas dodatkową porcję wody bo mamy nadzieję, że odbije, a jeśli jakaś rosnąca w gruncie roślina bardzo nam nie gra wizualnie, to czekamy do wiosny lub jesieni żeby ją bezpiecznie przesadzić. Potem nastaje czas, że już nie chcemy przesuwać jej dalej od naszych oczu, chcemy ją po prostu usunąć z naszego ogrodu na zawsze- takie słowa wypowiedziane na głos jeszcze nas przerażają, ale już sama wizja w głowie cieszy- dojrzewamy :D Potem już idzie z górki, ale nie zapominajmy o jednym: o szacunku do roślin. Jeśli coś nam nie odpowiada i chcemy się pozbyć to dlatego, że MY je źle dobraliśmy, MY odpowiednio nie poznaliśmy ich przed zakupem/ posadzeniem, bo to dzięki NAM znalazły się tu, gdzie się znalazły. Z tego też powodu zignorujcie zasadę mówiącą o sadzeniu dziesiątkami dopóki nie zrozumiecie, że tyczy się to roślin, które najpierw uprawialiście trójkami :D Tak, ja do tej pory kupuję pojedyncze rośliny i zamierzam robić tak dalej :) Daje mi to czas żeby sprawdzić czy mogę jej (takiej roślinie) zaufać, czy nie będzie wymagała ode mnie zbyt wiele opieki i jak wygląda w ciągu miesięcy a potem lat, jak zachowuje się po podziale, jak w czasie mokrego lata, a jak suchego… daje mi to wiedzę :D Polecam :D Może i strasznie opóźnia to stworzenie ogrodu, ale wiecie co jeszcze daje? Swobodę :) Poza tym przecież wiecie, że w tworzeniu ogrodu wcale nie chodzi o to, żeby złapać króliczka ;)

Prawda nr 4

Panuj nad widokiem swym

Fajnie się czyta o zapożyczonym krajobrazie? No pewnie, że fajnie. Napiszę więcej, dzięki zapożyczonemu krajobrazowi oszczędzamy własną działkę. Możemy cieszyć się widokiem polany bez pracochłonnego wykaszania jej czy obecnością ptaków gniazdujących w drzewach za które nie jesteśmy odpowiedzialni. Sadzimy krzewy i byliny, ale ze znajdującym się na tyłach lasem to tworzy całość, granice się zacierają. Fajnie jest.

wiąz szypułkowy
Jedne moje, drugie mniej, ale razem udają rodzinę :)

Tylko że często nie mamy do dyspozycji widoku na Kasprowy Wierch ,więc zadowalamy się kilkoma drzewami za ogrodzeniem albo… polem sąsiada. No przyznacie, że swojski widok. I siedząc z kawą i patrząc przez siatkę (tak, czasem udaje mi się nałożyć taki specjalny filtr na oczy i nie widzieć siatki) mówię do męża: „Patrz jak fajnie :) Nie dość, że nas ta słoma zimą od wiatrów osłoni to jeszcze taki swojski widok, w końcu czuję że mieszkamy na wsi”

słoma

billboard
I nagle…

I wiecie, ja tam mam tylko takie kilkumetrowe „okienko” na pole, ale gdybym tak miała panoramę? Nerwowo bym zeszła chyba :D Nawet nie chcę o tym myśleć. Grabów muszę dosadzić :D Myślicie, że problem was nie dotyczy bo już sąsiad obsadził od swojej strony? Ha! Gdybym dziesięć lat temu przypuszczała, że jedne iglaczki sąsiada nie będą rosły tak jakbyśmy sobie tego wszyscy życzyli, natomiast drugie przerosną wszystko żeby wkrótce zostać tak potraktowane:

przycięty świerk

Moja rada? Miejcie oczy i uszy otwarte. Jeśli coś zaczyna się dziać w waszej okolicy to powinniście o tym wiedzieć aby móc w porę zareagować, czyli zgłosić sprzeciw wobec planów budowy zakładu wulkanizacyjnego, wycinki drzew czy powstania fermy kurczaków lub obsadzić się szybko rosnącym żywopłotem od strony planowanej właśnie drogi. Rady tyczą się osób mieszkających raczej na terenach wiejskich, bo w gęstej zabudowie rzadko nie ma planów zagospodarowania przestrzennego i pod tym względem jesteście bezpieczni, ale w gęstej zabudowie rzadko jest się też na co otwierać ;) Zmierzam bardzo okrężną drogą do tego, że własny żywopłot nie zawsze jest potrzebny jeśli sąsiad już założył, ale własny żywopłot jest zawsze bezpieczniejszy, bo kto ma żywopłot, ten ma władzę.

Prawda nr 5

Nie zabijaj? Czyli nieznajomość stworzeń szkodzi

pedraki
Ładne pędraki? Taka ilość przypada u mnie na metr kwadratowy :/

Teraz wybieram je z ziemi i utylizuję, ale kiedyś…. oj kiedyś to ja je zagrzebywałam z powrotem mając jeszcze wyrzuty sumienia, że jakiemuś żyjątku zakłóciłam właśnie spokój. Tak, już możecie się śmiać :D Zasada którą wyznawałam, a mianowicie „nie wiesz czy to wróg, nie zabijaj” wyznaję do dziś, jednak zapobiegawczo wynoszę znaleziska tego typu trochę dalej. Jak sobie przypomnę ile takich białych dziadów przez moją niewiedzę poszło znowu do ziemi, napasło się korzeniami moich roślin, po czym wyleciało żeby złożyć kolejne miliony jaj… to się śmieję sama z siebie :D I to jest najlepsze wyjście.

Prawda nr 6

Sadź drzewa, ale pamiętaj o docelowej wysokości.

Muszę się pochwalić, że w tej materii nie nawaliłam za bardzo, a nawet całkiem mało tych wpadek miałam, zwłaszcza jak na laika kompletnego.  Załączam jednak tą prawdę, bo błąd nieodpowiedzialnego sadzenia drzew jest nagminny, a jego specjalną odmianą jest:

Choinko-żaluzja

ogrodowa pasja

Tej ostatniej na całe szczęście nie popełniłam, choć metasekwoję mam półtora metra od ściany domu i nie mogę tego przeżyć. Kupiona bez karteczki miała być niską odmianą dorastającą po wielu wielu wielu latach do pięciu metrów („ale nie wiem czy państwo tego doczekają”- słowa pani ze szkółki i ja wiem z której szkółki). Tymczasem drzewo sięgnęło dachu i roczne przyrosty ma takie, że już niemal widzę oczami wyobraźni jak przedostaje nam się do domowego biura rozsadzając ten wątpliwej jakości mur. Zastanawiam się tylko czy tam w środku zastanie mnie piszącą artykuł na bloga czy już glicynię z sąsiadującej ściany. Wystarczy zostawić na dwa dni okno otwarte, a ona już jest w środku- pnącze o niewyobrażalnej wręcz sile. Czy wy wiecie, że ja się kiedyś z nią mocowałam żeby wylazła na zewnątrz gdzie jej miejsce?! Zawinęła się wokół klamki okiennej i zadowolona wzięła się za uszczelki. Niby mam sekator, ale małżonek wskazał palcem ptasie gniazdo i już nic nie da się zrobić. I ani okna otworzyć, bo ta wlezie od razu do środka, ani kwiatów na parapecie postawić, bo zostaną natychmiast przenawożone, ani przyciąć- a co za tym idzie znowu będę miała w przyszłym roku niekwitnącą glicynię :D Ogrodnik słuchajcie może mieć tyle problemów i tyle wykluczających się rozwiązań, że czasem głowa boli. Ciągnie jednak ten swój wózek, bo ku zaskoczeniu otoczenia nic nie sprawia mu równie wiele radości co ten jego kawałek ziemi :D

Prawda nr 7 Najważniejsza

Wyluzuj

Trzeba tłumaczyć? :) Tworzenie ogrodu to nie wyścig, ani pokaz piękności. Tworzenie własnego ogrodu to nie żadna konkurencja nawet, bo z kim mamy konkurować i gdzie niby nagrody? :) Tworzenie ogrodu to cudowna podróż, przygoda przy której się rozwijamy poznając nie tylko nowe gatunki roślin i zwierząt, ale też siebie, glebę, środowisko, nowych projektantów, materiały, historię … wszystko wszystko. To jest tak wciągająca dziedzina, że jeśli czujecie zmęczenie to znaczy, że źle zaczęliście. Do ogrodu trzeba podchodzić na spokojnie. I nie mam tu na myśli spontanicznych zmian na rabatach, bo one się wydarzają i już (z impulsem nie ma co dyskutować), raczej chodzi o spokój który przychodzi jeśli tworzymy zgodnie z własnymi przekonaniami i świadomością, że nie tylko miejsce i czas jest kontekstem, ale i my sami. Czy ja zaczynam płynąć? Cholera, obiecałam sobie, że ta cuma się nie zerwie, nie dzisiaj ;)

Podzieliście się swoją prawdą? A może największym, najśmieszniejszym (z perspektywy czasu) lub najdziwniejszym błędem jaki popełniliście? Bo moje jakieś takie pospolite się wydają ;)

 

31 thoughts

  1. No oczywiście, że „uczymy się najlepiej na błędach” swoich lub cudzych, najlepiej byłoby na cudzych :)
    Chyba nie ma ogrodnika, który nie zaliczyłby wpadek mniej lub bardziej spektakularnych.
    Mnie najbardziej „rozłożyło” moje przekonanie, że wiem…jaką mam ziemię. Oczywiście żadnych badań nie robiłam, bo po co, jak na każdym skrawku ziemi rośnie szczaw i skrzyp – to jaką mam ziemię ? no kwaśną oczywiście. I przez lata sadziłam rośliny lubiące tę kwaśność. Czasami się dziwiłam, że rosną niekoniecznie tak bujnie jak powinny, albo wręcz nędznieją… aż pewnego razu zostałam zmuszona do zrobienia analizy (po latach !) i okazało się, że ziemia to u mnie jest… obojętna, idąca w kierunku zasadowej raczej ! Więc co u mnie robią te „wskaźnikowe rośliny gleby kwaśnej” ? Ano rosną sobie, bo im tak się podoba, w dodatku to wcale nie jest takie rzadkie.
    Nauka z tego płynie taka, że na początku drogi ogrodniczej warto się dowiedzieć co się ma, żeby potem nie czerwienić się, gdy prawda wyjdzie na jaw.
    I popieram pomysł z czytaniem – pozwala zaoszczędzić sobie pracy i … kasy. Po co wyważać otwarte drzwi :)

    1. Istnieje też całkiem spore prawdopodobieństwo, że słusznie podejrzewałaś kwaśną glebę, ale że nie mierzyłaś ph na bieżąco to w ciągu lat uprawy (lania twardej wody chociażby) to ph skoczyło mocno w górę, a szczaw czy inne skrzypy to chwasty, które są nimi dlatego, że potrafią się dostosować :) W ogóle często obserwuję, że ludzie wapnują na przykład trawniki nie dlatego, że mają kwaśną ziemię, a dlatego, że „trawnik trzeba wapnować”. A potem zdziwienie i jeśli naprawdę już nie rośnie to oddają próbkę i bach- siarczan amonu :) A tymczasem wystarczyło nic nie robić :)

      I skoro już jesteśmy przy kwasowości to dodałabym, że warto sprawdzać od czasu do czasu czy nasz phmetr jeszcze działa ;)

  2. Ja jako prawdę uniwersalną napisałabym – nabierz pokory. Do świata przyrody, do tego co cię otacza:) Potem już z górki:)

    PS. Też u siebie sadzę trójkami (kiedyś po jednej sztuce, ale i dzisiaj mi się to zdarza jeśli wiem, że coś szybko rośnie i sama sobie zrobię sadzonki). Pędraków nie zazdroszczę, dobrze im u Ciebie jak widać…

    1. Każdy ma swoją ćmę, moja jest akurat chrząszczem ;) Nie wiem czy to chrabąszcz majowy czy guniak czerwczyk, w każdym razie jakiś żarłok, a w dodatku ja mieszkam w takim rejonie Polski, który nazywany jest przez leśników pędraczyskiem… generalnie marne szanse na wygranie tej walki, ale toczyć ją trzeba :)

  3. Prawda nr 3 – dla mnie bezcenna :) Może zacznę od tego że swoje rabatki wytyczyłam w maju zeszłego roku, no i pooglądałam np Monty Dona, który w niektórych programach mówił.. hm patrzcie tę rabatkę założyłem w zeszłym roku, a w tym co za spektakularny efekt, no i jeszcze Maj i ludzi, którzy tam występują – sadźmy plamami w dużych, grupach…. No i dzisiaj mam nerwa, zadzyszkę i powoli łapię dystans… I mój plan roczny przechodzi w 10 letni, i ograniczyłam swoje zakupy :) Nie mam doświadczenia, ale wydaje mi się, że sprawdza się zasada, żeby patrzeć co inni mają w ogródkach w okolicy i to będzie u nas rosło… A z tym zaczerpniętym krajobrazem to też się zastanawiam jak zorganizować u mnie bo… z jednej strony rzepak, z drugiej kukurydza, z trzeciej truskawki, więc kto ma żywopłot ten rządzi :)
    PS: a może by tak słówko o planie ratunkowym tak dla takich jak ja :)

    1. Zadyszka przejdzie po jednym pełnym sezonie jeśli się nie poddasz i będziesz pielić przed zawiązaniem nasion. Potem drugi sezon już taki mniej absorbujący, a kolejne to już można nazwać normalką ;)
      Z tym zerkaniem na okolicę to zazwyczaj się sprawdza, ale podam Ci przykład z mojego życia, że niekoniecznie twój sąsiad ma tą samą ziemię. Ja mam piaski generalnie, takie piaski, że kiedy kret zrobi kopiec w nieprzygotowanym miejscu to ten kopiec jest żółty, ewentualnie szary, nigdy czarny czy brązowy. I ja tak sobie uprawiam tę ultralekką glebę i leję wodę hektolitrami, aż pewnego dnia sąsiad zza płotu wyraża swój podziw dla mojej wytrwałości i siły fizycznej i pyta jak ja daję sobie radę z kopaniem tej gliny w taką suszę. Jaką glinę?- pytam zdziwiona. Ostatecznie okazało się, że nasze działki stanowiły kiedyś źródło piasku dla budujących się okolicznych mieszkańców, a w miejsce odkrywek przywozili ziemię jaką akurat mieli na zbyciu, często glinę. I sąsiad ma działkę pełną tego, a ja jedynie na lewo od podjazdu, więc na lewo mam glinę, na prawo piasek. Wpadłabyś na to? :) No właśnie :)

      Przygotować plan ratunkowy dla takich jak ty? Chyba musisz skonkretyzować bo nie zrozumiałam :’D Dla tych co nie wyrabiają na zakrętach czy dla tych co… no właśnie co? :)

      1. bardzo dziękuję za odpowiedź.
        Plan ratunkowy jak naprawić błędy. Już wiem, ze roslinki to najpierw po jednym, trawnik nie lać herbicydem, zeby nie był pomarańczowy, nasionka siać do specjalnej ziemii I przetrwać pierwszy sezon… To chyba jest podany na tacy – przepraszam musiałam podusmować.

        1. O rany! Zostanę tą, która kazała sadzić po jednej sztuce! :D Internety mi tego nie wybaczą :’D
          A tak na poważnie to gdybym miała drugą szansę rozpocząć przygodę z ogrodem to zaczęłabym jeszcze inaczej (mam nawet taki szkic artykułu, ale jeszcze za daleko żeby coś obiecywać). Przy małej działce cały sezon przeznaczyłabym na przygotowanie ziemi: przekopanie, wybranie chwastów, nawożenie kompostem (nawet takim z kompostowni), obornikiem (od biedy nawet granulowanym), wysiewałabym nawozy zielone itp itd. Natomiast wszystkie niechcący zakupione rośliny uprawiałabym w donicach, a w między czasie chodziła i rozmyślała i patrzyła na ogród przez okna zastanawiając się jaki widok chciałabym mieć. I założyłabym, sobie zeszyt inspiracji albo chociaż tablicę na pintereście i wklejała wszystko co chciałabym u siebie.
          Przy dużej działce też skupiłabym się na glebie, ale po kawałkach i pierwsze co, to przygotowałabym sobie taką rabatę-przechowalnik, gdzie sadziłabym moje pierwsze rośliny sprawdzając jak rosną i jak wyglądają na przestrzeni miesięcy. A zawsze co w gruncie to w gruncie i daje to bardziej prawdziwy obraz niż rośliny doniczkowane :)
          Muszę rzeczywiście przysiąść i skończyć rzeczywiście ten artykuł o nowym początku :) Dzięki za uświadomienie mi tego :)

  4. No wiesz Monia czytam i się uśmiecham pod nosem… heheh przypuszczam że większość z nas ogrodników amatorów tak zaczynała..się szarpałam że już natychmiast a teraz wyluzowałam i dobrze mi z tym… o widzisz a tych pędraków to i u mnie trochę znalazłam ale nie zakopywałam na szczęście ;)

    1. W zasadzie to ja się nie szarpię :) Nawet jak coś jest mega brzydkie to może dla mnie zarastać chwastami nawet i po pas, ruszę to dopiero w momencie kiedy będę wiedziała co i jak chcę z tym zrobić. Myślę, że to dlatego, że ja jednak ogród tworzę całkowicie sama, tj. mąż mi nie zdejmie darni czy nie przekopie grządki więc muszę tak planować żeby nie robić dwa razy :D

  5. Nawiększy błędem który miał miejsce zanim się jeszcze wprowadziliśmy do nowiuteńkiego domu było obsadzenie z trzech stron działki żywopłotu tujowego. Kwestia błędności tego posunięcia nie wynika z tego ze nie lubię tuji czy kojarzą mi się one z cmentarzem. Błąd po dwóch latach odnajduję dziś w tym ze z powodu oszczędności kupiliśmy 10-15cm sadzonki bo przecież tuje tak szybko rosną… dzisiaj od lewej strony graniczę z osiedlem domków tzw namiotów wiec mam widok na 3 tarasy a z balkonu widzę ich 15 😄 Oczywiście jest i druga strona medalu wszystkie domki mają oko na mój ogródek moją prywatność i wszystko inne co tam sobie tylko wymienić mogę . A wystarczyło dołożyć te kilka złotych więcej i cieszyć się tym ze za rok może dwa żywopłot wzejdzie na tyle ze uda się o odrobine prywatności choćby żeby w staniku do ogrodeczka w upał wejść. Niestety na takie luksusy będziemy gotowi być może za 5-7 lat 😂

    1. No tak, miejsca newralgiczne czasem wymagają opcji mniej oszczędnej, ale widok na trzy tarasy to nie aż tak dużo. Zawsze możesz na tą jedną stronę dać jakąś matę bambusową- to opcja ani tania, ani estetyczna, ale skoro Ci tak zależy na tym ciekaniu w staniku :D Na pocieszenie dodam, że pięć czy siedem lat to mija nie wiadomo kiedy. Patrzę czasem na „stare” zdjęcia to ja nie wiem kiedy i na czym to tak wszystko porosło :D

      1. Zgadza się czas leci jak torpeda zwłaszcza przy dzieciach a stanik to był tylko przykład nie jestem moja teściowa nie wyszłabym 😉

  6. Świetny tekst. Też mam metasekwoję na swojej małej działeczce. Choć boję się o jej ostateczny rozmiar to na chwilę obecną uważam że jest najpiękniejsza.

    1. Mój małżonek też jest w niej zakochany. Mamy taki zwyczaj, że robimy sobie wspólne zdjęcie przy każdym napotkanym egzemplarzu. Nie pamiętam kiedy i z jakiego powodu to się zaczęło, ale stało się tradycją, a metasekwoja drzewem szczególnym w naszej rodzinie. Nie mogę więc zrobić nic więcej poza niezwykle dojrzałym: „co będzie to będzie” 😅

  7. Uwielbiam twój styl pisania;)
    Ja do tej pory, a ogrodem bawię się od jakichś 25 lat, mam słabość do mizerotek, którym po prostu nie mogę nie dać szansy, więc podpieranie wykałaczką itp. to u mnie częsta przypadłość;) Wyhodowane z nasionek sosny, które miały być niskimi kosówkami, już mnie dawno ptrzerosły. Wciąż nie doceniam też możliwości wyrastania drzew i krzewów, parę lat temu posadziłam przy domu świerk… Wydawało mi się, że wystarczający odstęp jest, hehe.. teraz mi włązi na dach. Ale musze przyznać, że przez ten czas (który rzeczywiście leci jak nie wiem, co), zmieniłam dość mocno podejście, ostatnio przechodzę fascynację permakulturą i wyluzowałam totalnie. Czytam właśnie „Rewolucję źdźbła słomy” Masanobu Fukuoki i mocno przemawia do mnie idea ogrodnictwa na zasadzie „nierobienia”;)

    1. Uwielbiam nicnierobienie i jestem w tym całkiem niezła, że tak powiem nieskromnie ;D „Rewolucję źdźbła słomy” czytałam i cała idea i podejście do uprawy bardzo mi odpowiada, żałuję jednak, że chyba żadnego praktycznego patentu po lekturze nie wyniosłam :( Niestety nie widzę w naszej części świata możliwości chociażby uśmiercania koniczyny przez zalewanie (mam nadzieję, że dobrze pamiętam) :D Ale jeśli chodzi o naśladowanie natury to jestem jak najbardziej na tak.

      25 lat ogródkowania i nadal się litujesz nad siewkami? Ojej, to mi by życia nie starczyło :) Większa część mojej działki jest jednak dzika lub pół-dzika i jakbym miała się zastanawiać czy przejechać po tych młodych drzewkach kosiarką czy może przesadzić jednak bo szkoda ich, to ja bym zarosła lasem w ciągu dekady :D Miewam takie wysypy sosny czy dębu, że już córce płaciłam za usuwanie ich :D Ona zarobiła, ja szczęśliwa bo wyrwane to zawsze wyrwane, nie będzie odrastać :) Poza wszystkim to jeszcze trzeba mieć czas na samo korzystanie z ogrodu, a nie tylko pracę w nim, prawda? Przynajmniej ja muszę mieć możliwość siedzenia i gapienia się na niego, bo to ładuje mi baterie :)

  8. Eh, korzystanie z ogrodu w moim wydaniu to praca, która jest dla mnie właśnie ładowaniem baterii i najlepszym relaksem po pracy zwodowej, a przy tym ostatnio dochodzi przyjemność konsumpcji własnych, całkowicie ekologicznych warzyw. Działka jest mała, a i tak mam miejsca zupełnie dzikie, w których, nie wiadomo kiedy, nagle pojawia się spora brzoza albo inny jesion czy klon. Niedawno walczyłam z porządnym już pniem, ledwo go upiłowałam;) To litowanie nad siewkami dotyczy raczej rzeczy wisiewanych własnymi ręcami, np. warzyw albo bylin, wszystkiego mi żal. Ale np. tym roku hitem było wykopywanie maciejki, która wysiala się w miejscu przeznaczonym na ognisko, jesienią wynosiłam tam resztki, nasiona przetrwaly i wykiełkowały, przeniosłam wszystkie, robota przecież kocha głupiego;) No więc już pogodziłam się z wyrywaniem czy wycinaniem siewek drzew i krzewów (a najgorszy jest dereń, sieje się okropnie, podobnie jak szczodrzeniec), ale inne rosliny maja u mnie nadal raj;) Książka Fukuoki ugruntowała we mnie niejako przekonanie, że natura jednak wie lepiej, a każda ( nawet niezbędna) ingerencja niesie jakieś potencjalne zagrożenia, z których należy zdawać sobie sprawę. I ogólnie, sporo tam ilozofii życiowej, obejmującej całościowe traktowanie świata, człowieka – z czym też bardzo mi po drodze ostatnio.
    Zamiast siedzenia i gapienia się, uskuteczniam raczej przechadzanie, stanie i gapienie się;)

    1. Tych warzywek to pozostaje mi tylko pozazdrościć. Mimo iż terenu mi nie brakuje to w tym sezonie zbuntowałam się i warzyw nie uprawiałam. Efekt jest taki, że wszystko zarosło chwastem, a mi jest przykro, że nie mam własnych pomidorków. Jest też jeden plus: w KOŃCU rodzina także zauważyła brak i chyba jestem na ostatniej prostej żeby przekonać ich do wspólnego ogródkowania przynajmniej na tym niewielkim kawałku zwanym warzywnikiem. Sama się zresztą sobie dziwię, bo zawsze byłam (i nadal jestem) zdania, że każdy ma swoje hobby i nikogo nie należy przymuszać czy przytłaczać własnymi zainteresowaniami, bo wtedy stajemy się babami z kawałów :D No, ale jak mi zaczęli marudzić, że własnych pomidorków nie ma, że rukolki też nie… to nie miałam litości :D

  9. Świetny tekst, będę polecać wszystkim początkującym ogrodnikom i nie tylko :).
    Ja nie znoszę pielenia i najgorszym moim ogrodowym pomysłem było wyłożenie dużej rabaty agrowłókniną. Chwasty jak rosły tak rosną a ja teraz oprócz chwastów wyrywam po kawałku strzępki tego paskudstwa :(.
    Natomiast gapić się uwielbiam :). Stanę sobie i kontempluję a pomysły śmigają po głowie jeden za drugim i zanim wybiorę jedn najlepszy mijają wieki ;). Potem realizuję i znów się gapię i nowe pomysły śmigają po głowie więc zmieniam ;), chyba lubię przesadzać i w tym cala moja ogrodowa frajda :)
    A nabożeństwo do każdej siewki minęło mi po latach ogrodowania, choć i tak mam jeszcze sporo zadoniczkowanych roślin z którymi nie wiem co począć ;)
    pozdrawiam Wiesia

    1. Oj, grzech maty ja także popełniłam :D Chyba ciężko byłoby znaleźć kogoś, kto na początku swego ogródkowania nie widziałby w niej rozwiązania wszystkich swych problemów :D Rozczarowanie przychodzi potem, ale spędzając sporo czasu na grupach dyskusyjnych dochodzę do wniosku, że jak ktoś wymyślił, że pod jego korą będzie mata, to nic i nikt go od tego pomysłu nie odwiedzie :D Szkoda więc wysiłku na pisanie ciągle tego samego i miejsca na liście też szkoda- widocznie okres maty jest tym, czego każdy musi doświadczyć sam- taki chrzest na ogrodnika :D
      Fajnie, że ktoś jeszcze lubi się gapić. To wbrew pozorom niezwykle aktywne zajęcie, prawda? Bo z zewnątrz wygląda jakby człowiek tylko stał i odpoczywał, ale pod kopułą jego czaszki aż się gotuje- znam to uczucie doskonale :D

      Pozdrawiam również

    2. o tak… gapienie się, a pomysły śmigają…
      ja mam taki codzienny rytuał – wstaję rano z łóżka (do pracy trzeba się zwlec) przysiadam na fotelu (odpowiedni przygotowanym tzn przysuniętym do okna balkonowego) i z wysokości Ip. oddaję się 10 minutowemu „gapieniu”… i pomysły śmigają :) ile ja już rewolucji w ogródku zrobiłam dzięki temu gapieniu się z wysokości :))))

  10. Amen :)
    To nasunęło mi się jako pierwsze po przeczytaniu Twojego artykułu :)
    Punkt 7 chyba najważniejszy wg mnie. Jednak żeby do niego dojść, trzeba przejść przez pozostałe ;)
    Uśmiałam się z Twojego widoku na słomę sąsiada :) Kto ma żywopłot ten ma władzę, to prawda. Mój „żywopłot” w postaci krzewów i traw różnego rodzaju (jeszcze zbyt niski żeby się całkowicie zasłonić) doprowadził sąsiadów do stanu takiej frustracji, że teraz będą sadzić własny :D
    Mój błąd początkującej to np. Anabelka na kompletnej patelni przy murze domu, która to musiała być w czasie upałów podlewana 2 razy dziennie. Zmieniła miejscówkę po trzech latach. No i jeszcze weigelie przy płocie (mające być osłoną od sąsiada), niestety rosły bardziej wszerz niż wzdłuż. Również zmieniły miejscówkę, a nawet miejscowość ;)

    1. A wiesz, że moja wejgela to akurat spokojnie zasłoniła siatkę? :) Okropnie brzydka odmiana o żółto obrzeżonych liściach z jasno różowym kwiatem, ale że wykopane przez babcię z jej własnej działki tuż przed sprzedażą, więc ciężko było odmówić- ewidentnie chciała mieć pamiątkę w postaci kilku roślin przesadzonych do mnie :/ A że ja wbrew pozorom mam dobre serce… to mam teraz taki o, nie wiadomo co krzaczorek sztuk jeden :D Ale siatkę zasłoniło :)

  11. Bycie ogrodnikiem i przeprowadzanie prac w ogrodzie proste nie jest, nie tylko są potrzebne do tego odpowiednie narzędzia, ale także wiedza, jak z nich korzystać i do czego konkretnie, co na co i tak dalej. Dobry, rzeczowy wpis, do tego z dystansem, dobrze się czytało.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s