Syndrom pestki awokado

awokado z pestki

Objawy

Zaczyna się w listopadzie, czasem grudniu. To nie jest silne uczucie, raczej mrowienie gdzieś w okolicy serca. Mimo, że czas czyścić i chować narzędzia, okrywać rośliny i wracać do domu „na dobre” to my nie odpuszczamy. Szpadle ostentacyjnie zostawiamy na wierzchu jakby jeszcze mogły się przydać; grabie i haczki tak samo. Patrzymy na prognozę pogody i kombinujemy co by tu jeszcze… a może by tak … zdążyłabym… To odkładanie na później decyzji o ostatecznym zamknięciu sezonu ogrodniczego zwykle nie kończy się dobrze. Jesteśmy jak drogowcy: mamy dostęp do prognoz, ale i tak ZAWSZE zima nas zaskoczy. Zawsze. Co potem? Nerwowe szukanie.

A możliwości jest wiele :) Ja akurat wpadłam w wir porządków połączonych z odmalowywaniem co niektórych pomieszczeń. Gdyby nie ograniczenia finansowe najprawdopodobniej przerabiałabym i remontowała wszystko aż do wiosny i jakoś bym ten okrutny dla ogrodnika czas przeżyła. Niektórym pomaga szał przedświąteczny. Mnie czasem rusza, czasem nie. W tym roku nie ruszył w ogóle, ale dzięki temu dokonaliśmy z małżonkiem największego odkrycia wszech czasów: patent na choinkę kocio-odporną! Nawet nie wiecie jaka to ulga nie musieć dzień w dzień zmiatać bombkowych resztek z podłogi czy budzić się na dźwięk spadających łańcuszków, a jednocześnie mieć żywe, pachnące drzewko w salonie. Innej choinki już nie chcę, ale szczegóły to zdradzę wam innym razem ;)

ogrodowa pasja
Ja robię rewolucję, a mój małżonek twierdzi, że kolor w przedpokoju w ogóle się nie zmienił… Przed i po :) Jakoś do wojskowych barw mnie ciągnie ;)

Kiedy już budżet na remonty się kończy człowiek nerwowo przebiera nogami; no nie usiedzi przecież. Miliony pomysłów na minutę czasem aż swędzą jak wełniany sweter. Ale to tylko zajęcia pozaogrodowe, nie mają tej samej wartości, co dłoń wyciągająca gwiazdnicę z wilgotnej gleby czy wieczorne podlewanie trawnika. A to dopiero początek zimy ;( W końcu dochodzi człowiek do wniosku:

„Nic się nie da zrobić, trzeba czekać. Wówczas ogrodnik rzuca się na coś innego, powiedzmy sofę, na tapczan albo na szezlong, usiłując oddać się zimowemu naturalnemu snu. Po upływie pół godziny zrywa się z pozycji horyzontalnej inspirowany nową ideą. Doniczki! Przecież można uprawiać kwiatki w doniczkach! Nagle objawia się przed nim gęstwina palm i latanii, smokowców i trzykrotek, asparagusów, kliwii, aspidister, mimoz i begonii w całej ich tropikalnej krasie, a wśród nich, jak wiemy, rozkwitnie jakaś ta przyspieszona prymulka i hiacynt, i cyklamen; korytarz przekształcimy w równikową dżunglę, po schodach będą spływać zwisłe pędy, a na okna postawimy roślinki, które będą kwitły jak szalone. W tym momencie człowiek ogrodnik obrzuca szybkim spojrzeniem wszystko dookoła siebie i nie widzi już pokoju, w którym mieszka, ale rajską puszczę, którą tu stworzy, i biegnie do ogrodnika za rogiem, by przynieść sobie pełne naręcze roślinnych skarbów.”

Tak moi drodzy, to znowu niezastąpiony i wszystkowiedzący Karel Čapek. Nie jesteście odosobnionym przypadkiem. Nie tylko wy przypominacie sobie zimą, że kwiaty doniczkowe istnieją, że je macie (ale zaniedbywaliście do tej pory) i, że macie ochotę na dużo, dużo więcej. Jednym słowem, w wielkim stylu zaczynacie wreszcie UPRAWIAĆ! :D

kwiaty doniczkowe monstera bananowiec

 

Kwiaty domowe nie mają ze mną łatwo – przetrwają tylko najsilniejsze. Trzeba czasem uderzyć się w pierś i powiedzieć jak jest naprawdę. Od marca do listopada w zasadzie nie myślę o nich, podlewam … raz w miesiącu… ? Do tego stopnia przywykłam do mojego okrucieństwa, że kiedy kot latem zrzucił doniczkę z półki, a ta roztrzaskała się o podłogę, od razu wiedziałam, że jest coś nie tak, że to jakby nie mój kwiatek. Dopiero po kilkunastu minutach zorientowałam się w czym rzecz.  Zwykle po takiej akcji zamiatam ziemię, wsypuję ją z powrotem do doniczki (jeśli ta ocalała) lub wysypuję na dworze, a kwiatka bez ziemi wstawiam do pralni w jakimś przypadkowym pojemniku (że niby wsadzę jak kupię nową donicę). Tym razem jednak bałagan był większy i dopiero wówczas wpadłam na to, że to przez wilgotną ziemię, a ja przywykłam do widoku popiołu. Babcia, która była wtedy moim gościem, długo się nie ujawniała, ale pod naporem niezaprzeczalnych dowodów uległa, przyznając się do podlewania. Od dłuższego czasu podejrzewałam, że to robi, ale za rękę nie złapałam :)

 

Tak więc widzicie, że najlepszym opiekunem „doniczkowców” nie jestem. Nie przeszkadza mi to jednak, aby raz do roku poczuć siłę, pokochać na nowo i uwierzyć, że i mój dom może wyglądać chociażby tak, jak tej uroczej mieszkanki Brooklyn’u:

Taaaak wiem, wrzucałam już artykuł o niej na facebooka, ale ciągle mi mało :D Jestem głodna zieleni i żaden chlorofil w płynie (serio takie sprzedają) mi nie pomoże. Pomóc mi może teraz tylko wizja pożartego zielenią domu :) Sama wizja- zauważcie ;)

Zacząć najłatwiej od tego co jest. Wielu roślinom przeżyć ze mną się nie udało, ale te które się zaparły mają szczęście: oto teraz, w okresie ich spoczynku, kiedy to miałyby ochotę odetchnąć i przygotować się do niełatwego przecież sezonu, ja przystępuję do wzmożonej opieki nad nimi. Zaczynam w końcu podlewać, nawozić, przecierać liście wilgotną ściereczką, odkurzać, wycinać nieestetyczne, poobgryzane przez koty liście, podwiązywać, prostować, chuchać i dmuchać. Właśnie teraz, w styczniu jest najgorszy moment na przypomnienie sobie o miesiącach zaniedbań i podejmowanie desperackiej próby naprawienia tych wszystkich błędów. Rośliny, które przeżyją z wami to, przeżyją wszystko :D

sansewieria juka kaktusy

 

Musicie zrozumieć jedno: to się powtarza. Co roku moja miłość do roślin doniczkowych powraca i zawsze wydaje mi się, że to poważne uczucie. Tym razem nie jest inaczej. Czuję, że potrzebuję półek i haczyków i mam ochotę kupować wszystkie kwiaty jakich nie mam, a te które mam chętnie podzieliłabym na pięćdziesiąt części, tylko… nie mam tylu doniczek ;) Co roku też znajduję jakieś wytłumaczenie dotychczasowego leserstwa w tej materii :) W tym na przykład doszłam do wniosku, że nie mam serca do doniczkowców bo wszystkie które „uprawiam” dostałam od kogoś, aaaaaale gdybym sama wybrała … No i poszłam do sklepu. I to cudowne uczucie znane z wizyt w szkółce powróciło! Ale nie z tych wizyt ostatnich, ale pierwszych, gdzie nazwy łacińskie nic mi nie mówiły (polskie zresztą tez niewiele), gdzie kupowałam oczami nie bacząc na to czy roślina da ze mną radę, ani jak wielka urośnie. Wspaniałe uczucie! :D Bezrefleksyjne kupowanie roślin pozwala nam wejść w stan cudownego uniesienia trwającego gdzieś do … pierwszych żółtych plamek lub zasychającego pąka ;) Zresztą, tu budżet też może być ograniczony, więc człowiek ogrodnik zwraca się w stronę szczepek i pestek. W okolicach lutego parapety pełne są wszelkiego rodzaju słoiczków, literatek, kubeczków i innych urodziwych pojemniczków wypełnionych do połowy wodą, a do polowy zielskiem różnej maści, z czego:

97% dobrze rokuje, tj. puściło korzonki i liście

42% dożyje kwietnia

37% maja

26% już dawno dojrzało do wsadzenia do ziemi

17% to już na pewno zostanie zasadzone

14% NA PEWNO

7% zostaje zjedzone przez koty

3% tylko wywleczone przez nie ze słoiczków i usycha leżąc pod szafą

4% trafia naprawdę do ziemi

0,7% przeżywa do następnego roku

0,02% zostanie w słoiczku już na zawsze

Jest coś, o czym musicie wiedzieć: uprawa roślin w wodzie staje się modna. Nie chodzi mi w tym miejscu o typową, zaprojektowaną przez specjalistów hydroponikę w wymyślnych systemach, a o uprawę w wodzie po prostu. Awokado to już klasyk, ale uprawiany w ten sposób dąb, buk czy porzeczka mnie zaskoczyły. Nie chodzi też o uprawę, która w perspektywie da nam rosnące w ogrodzie drzewa, raczej to coś na kształt żywej dekoracji, czegoś między rośliną doniczkową, a nietypowym bukietem kwiatów. Podoba mi się ten dziwny trend, a że mam nieco doświadczenia z zawalonymi parapetami i zapomnianymi roślinami to chyba spróbuję :) Grunt to znaleźć odpowiednie naczynie, bo w całej zabawie nie chodzi tylko o liście czy kwiaty, tu ozdobą są także wijące się w szklanych naczyniach (często przypominających te laboratoryjne) korzonki. No i przede wszystkim to dobrze rokuje dla zapominających podlać :) Jeśli do tego przypomnę sobie moje filodendrony pnące i fakt, że ten rosnący w słoiku wytrzymał u mnie najdłużej to już wiem, że to rozwiązanie dla mnie. Szkoda jedynie wspomnianej roślinki – woda wyparowała nie wiadomo kiedy, to był moment, zaręczam ;)

uprawa roślin w wodzie

 

 

Leczenie

Jeśli to o czym piszę jest wam znane, to jest duże prawdopodobieństwo, że SPA czyli Syndrom Pestki Awokado dotyczy również was. Niedostateczna ilość światła słonecznego oraz zamarznięta gleba uniemożliwiająca pracę w ogrodzie powodują kumulację pozytywnej energii, którą człowiek ogrodnik za wszelką cenę stara się wykorzystać w najlepiej znany mu sposób: poprzez uprawę. Trzeba wam wiedzieć, że uprawa czegokolwiek nie przynosi wcale ulgi. Wręcz przeciwnie: zaspokajanie pragnień powoduje tylko jeszcze większe pragnienie. Syndrom jest o tyle niebezpieczny dla samego ogrodnika, że przy braku możliwości zaspokajania swych zielonych pobudek może on, co zresztą często czyni, zwrócić się w kierunku uprawy warzyw z resztek. Jest to ostatni moment na podjęcie działań przez najbliższych członków rodziny i przyjaciół. O tym jak pomóc pisałam już tutaj: Pomóż ogrodnikowi przetrwać zimę. Nic więcej nie można zrobić niestety. „Byle do wiosny” to hasło wyznaczające kierunek nowoczesnej terapii leczenia uzależnień od uprawy ziemi :)

 

Aha, no tak… prawie bym zapomniała :) Wszystkim czytelnikom bloga składam najserdeczniejsze życzenia szczęśliwego Nowego Roku. Niech będzie on pełen ogrodniczych sukcesów i przewidywalnej pogody, a my ogrodnicy … my bądźmy w zgodzie ze sobą i naturą- tego wam i sobie życzę  :)

 

35 thoughts

  1. całkiem się odnajduję w Twoim opisie. Z tym, że już wiele razy obiecywałam sobie że kończę z mordowaniem doniczkowych. Potem stoją biedki jak wyrzut sumienia , a ja w końcu przyznaję sama pzed sobą , że wcale nie mam do nich serca. Wtedy zwykle wyrzucam je a dwór, bo to czas ciepłej wiosny. Część tam dokończy życia, ale znowu w inne wracają siły witalne i na jesień znowu są całkiem do rzeczy- można znowu je maltretować w domu
    W zeszłym roku z wielką pasją w lutym zaczełam siać papryki , potem pomidorki, pietruszki, koperki… gadałam do nich , przesadzałam, wietrzyłam. I tak dobiłam do połowy marca, kiedy można było siać rzodkiewkę i sałatę w mini szklarence. Ale to była przyjemność. W tym roku też planuję ten sposób na doczekanie wiosny.
    Pozdrawiam Cię
    Marta

    1. Kurczę, mogłam to zatytułować „Palma jak wyrzut sumienia” :D Zawsze genialne tytuły przychodzą mi do głowy dopiero wtedy, kiedy ktoś mnie zainspiruje swoim komentarzem :)

      Patent z wystawianiem na dwór znam, mam nawet jedną taką nieszczęśnicę w kotłowni. Stała cały sezon na zewnątrz po tym jak uschła w domu. Po kilku deszczach odbiła, ale cały jej wysiłek poszedł na marne po grudniowych mrozach. Przy odwilży zaczęła coś zielonego znowu puszczać więc się zlitowałam i wzięłam do domu i teraz czekam czy da mi jeszcze jedną szansę :)

      Siewy staram się natomiast ograniczać (mój małżonek pewnie właśnie zanosi się śmiechem). Wysiewam mało roślin, ale w dużych ilościach- te ozdobne. Warzywa to osobny temat i dużo zależy od danego roku. Czasem mam jazdę na to, żeby mieć wielki warzywnik, pół działki najlepiej zaorać i obsiać jedzeniem. A potem przychodzi upalne lato i muszę wybierać: podlać ozdobne albo warzywnik. Jest tylko jedna odpowiedź. Nie lubię mojego warzywnika, bo jest źle zorganizowany: długi i przyklejony do wału ziemnego, który z jednej strony osłania go przed wiatrami, no ale z drugiej wszystkie chwasty się z niego wysiewają, perz przechodzi itd. Mam zapas dobrej ziemi do wykorzystania w nadchodzącym roku i chyba czas na nowy warzywnik :) Na szczęście szykując w grudniu miejsce w pracowni na tony pierników musiałam wynieść z niej suszki pomidorów, które do gruntu się nie zmieściły, więc mam czystą kartę :D

      Pozdrawiam również :) Jakoś dotrwamy :)

  2. Fantastyczne teks. Mnie niestety też SPA dopada rokrocznie – przypominam sobie czasy przedogrodowe i przedkrzywaczkowe, kiedy miałam cale mieszkanie (oraz latem balkon) w kwiatach. Na szczęście mam hamulec w postaci Burego Gangu który zdemoluje prawie każdą doniczkę. Stan obecny to zamiokulkas (nie smakuje najwidoczniej) i trawa cytrynowa, uprawiana z myślą o Gangu. U mnie nawet liście falenopsisa wyglądały jak bilet wyjęty z kasownika starego krakowskiego tramwaju.
    Pozdrawiam i wszystkiego dobrego w Nowym Roku:)

    1. Ja mam swój Bury Gang pilnujący żebym nie przesadzała z ilością zielonego. Dbają też rzecz jasna o utrzymanie populacji doniczek na odpowiednim poziomie :) Kiedyś rozmawiałam z weterynarzem i ten powiedział jasno: albo kwiaty albo koty. W sumie to dosyć dziwne, że obgryzają też rośliny trujące czy nawet silnie trujące, że nie mają takiego instynktu samozachowawczego. Ten sam weterynarz powiedział mi, że pierwszym objawem zatrucia u kota jest zgon. Przy słabiej trujących roślinach koty żyją dłużej, ale potem przychodzi taki „kochający” właściciel z kilkuletnią kotką z niewydolnością nerek i nagle płacz bo niewiele można zrobić :( Przykre to, ale prawdziwe. U mnie w salonie zostały już tylko rośliny, którymi koty się nie interesują plus sosna jako choinka :) Reszta niestety w zamkniętych pomieszczeniach. Dlatego właśnie myślę o takiej uprawie w pojemniczkach z wodą podwieszanych wysoko co by sierściuchy nie miały dostępu :) Mogłyby być też kokedamy, no ale te często trzeba ściągać do namaczania- mogłoby się nie udać :)

      Nigdy nie uprawiałam trawy dla kotów- zwykle zadowalały się szczypiorkiem albo jakimś owsem na wiosnę :) Działa to? Znaczy skupiają się na trawce zostawiając inne nieodpowiednie dla nich rośliny w spokoju? Powinnam mieć gdzieś nasionka trawy cytrynowej to mogłabym im taki prezent zrobić :D

      Pozdrawiam :)

      1. Trawę cytrynową kociarstwo uwielbia, naprawdę świetnie się sprawdza. Obgyzają ją doszczętnie, trawa wędruje do reanimacji w miejsce gdzie one dostępu nie mają. Znajoma ogrodniczka dla swojej niewychodzącej bandy uprawiała w doniczce w domu perz.
        Ech, mnie kokodemy też zakręciły, nawet mam już dwie takie bombki i zamówioną jedną oplątwę:)
        Jakich rośliny nie ruszają> Tak z ciekawości?

        PS. Moja sosna stoi już w ogrodzie. Bidna, krzywa bo nabywałam ją w ostatniej chwili jak w szkółkach większość rośliny była juz zestawiona do zimowania. M nazwał ją krzewem goręjącym…

        1. Ja kokedamy robiłam w zeszłym roku- sztuk dwie. Obie poszły na prezent (z czego jedna dla ogrodniczej blogerki zresztą ) i ciekawa jestem czy żyją ;) Obie z bluszczu, więc raczej wymagały regularnego podlewania :) Jeśli blogerka cierpi na SPA to już po kokedamie :)

          Moje kociaki nie obgryzają benjaminka, szeflery, juki (małych, bo duża też musiała być schowana do łazienki- służyła jako drapak, ew. zapasowa kuweta) i takiej jednej roślinki, której nazwy nie znam. Ma liście kształtem i wielkością do fiolka wonnego podobne, ale skórzaste i pełne wody jak przy… kalanchoe powiedzmy… Znasz może? Próbując po raz n-ty znaleźć jej nazwę w necie trafiłam na kolejną roślinę, której pragnę- Corokia. Prześliczna. Aha, nie obgryzały też sansewierii i zamiokulkasa, ale obie musiały rośliny muszą być za drzwiami, bo o pierwszą uwielbiały się ocierać (przez co raz w tygodniu spadała z parapetu) a zamiokulkas ma w sobie coś takiego, że ciągle rozgrzebywały w nim ziemię… No i kaktusów nie tykają, ale też musiały do tego dojrzeć :) Wszystko inne musi być poza zasięgiem…

  3. Ja jestem już na etapie „po” zamordowaniu doniczkowych. Nie mam zieleniny w domu, no może oprócz ziół, które używam w kuchni. Czas oderwania od ziemi (czyli zimowy) wykorzystuję na wertowanie ogrodniczych czasopism i książek, bo w sezonie… szkoda na to czasu, jak można babrać się w ziemi. No i planuję co też w nowym sezonie nawywijam w ogrodzie.. tylko, że to planowanie nie zawsze doczekuje się realizacji ;) ale zabijacz czasu fajny.

    1. Co z nas za miłośnicy zieleni kurczę?! :) Sami mordercy ;)

      Ja cierpię na brak dobrej literatury ogrodniczej (mój mąż zanosi się śmiechem po raz drugi) i może dlatego idę raczej w wysiłek fizyczny. Ćwiczyć nie lubię, bo nie lubię się męczyć „po nic”, ale wielkie porządki czy drobne remonty to już i owszem, czemu nie :) No i żyję już myślą jak to będzie fajnie kiedy odgruzuję pracownię :D

  4. Tylko ogrodnik jest w stanie zrozumieć drugiego ogrodnika ;). Świetny tekst, w pełni oddaje tą notoryczną potrzebę otaczania się wszystkim co zielone. No właśnie z tymi doniczkowymi jest niestety tak, że z reguły przypominam sobie o tym że są, jak niewiele co z nich pozostaje. Może to i dla nich okres spoczynkowy, ale zdecydowanie nie dla mnie, więc podlewam i nawożę, tnę i formuję i obowiązkowo jeszcze rozmnażam (bo od teraz NA PEWNO już o nich nie zapomnę). Kiedyś miałam kilka cyklamenów, latałam z pędzelkiem i przenosiłam pyłek, żeby zawiązały się nasiona, bo pomyślałam że takie własne może mi tak szybko nie padną. Potem starannie odsadzałam każdą sadzonkę, chuchałam i dmuchałam, aż przyszedł marzec i okazało się, że trzeba zrobić miejsce na parapetach na pomidory, cukinię, werbenę i ostnicę, więc znaczną cześć swojego cyklamenowego dorobku porozdawałam po znajomych. To co zostało u mnie podzieliło los swoich poprzedników…czyli wylądowało w kompostowniku :(.

    1. Uff, dobrze, że się potwierdziło. Pisząc posta zerkałam od czasu do czasu na facebooka, a tam, na grupach ogrodniczych ogrodnicy idealni: nie dość, że ogród zadbany to jeszcze w domu istne palmiarnie, a wszystko bujne i zielone. I zaczęłam myśleć czy ja aby w kosmos tego nie piszę? Ale widzę, że możemy mieć wsparcie w sobie :D
      Cukinia, pomidory, werbena, ostnica- moje roślinki przecie :) Tylko pomidorów wysieję zawsze taką ilość jakbym na targ miała potem z tym iść. W maju okazuje się (zaskoczenie że u la la) że nie zmieszczą się wszystkie do warzywnika, a że kupowane praktycznie po nasionku to szkoda wyrzucić, oddać nie ma komu i tak stoją bidule w różnych miejscach. W grudniu ostatnie suszki z pracowni wyleciały żeby zrobić miejsce na pierniczki :) I tak rok koło roku :)

  5. O ciekawy wpis… Ja zimą dużo czytam, kupuję nasiona, już sporo ich mam i raczej nie ostatnie hihi, planuję sezon i w ogóle… Domowe kwiaty już dawno uśmierciłam :-) hihi nie mam do nich ręki,:-) pozdrawiam

  6. Świetny artykuł! Ja równiez zimą namiętnie obsiewam parapety, z różnym skutkiem, ale doniczkowych nie kupuję bo zwykle uśmiercam. Mam za to 3 cytrusy, które muszę zimować w domu i wyżywam się na nich ;-) Myję liście z kurzu, nawilżam powietrze, podlewam, sprawdzam temperaturę, zbieram mszyce etc. Odwdzięczają się pachnącym kwieciem i owocami, które potem cały sezon można dodawać do drinków. Jakoś nam ta koegzystencja wychodzi od 6 lat. Polecam :-)

    1. Witaj Robaczku u mnie, chyba pierwszy raz? Zapraszam częściej i kibicuję przy nowym przedsięwzięciu ;)

      Jakieś cytrusy miałam kiedyś z pestek, ale to było dawno i… nie mając większego pojęcia postawiłam jednak na arbuza :) Teraz będąc w centrum budowlanym oglądałam drzewka cytrynowe i powiem szczerze, że brałabym :) Jak wszystkie inne rośliny zresztą :) Ale wiesz co? W tym roku zrobiliśmy w końcu taras więęęęc …. mam miejsce na rośliny tarasowe :D Oczami wyobraźni już widzę cytrusy, oleandry, lipki pokojowe, sagowce i inne bugenwille :) Nie wiem gdzie bym to zimą przed kotami wszystko schowała, ale pomarzyć dobra rzecz i jeszcze nikomu nie zaszkodziło :)

  7. Wypisz wymaluj mam te same objawy. Na początku zimy człowiek zupełnie nie może się odnaleźć… Czuje się jak przekłuty balon. Co by tu zrobić sensownego z wolnym czasem? – myśli na okrągło i zaczyna wynajdywac sobie zajęcia. A jeszcze nie daj boże zacznie wsłuchiwać się w siebie i nagle stwierdza, że jakoś dziwnie bolą go kolana albo łupie w kręgosłupie (w sezonie ogrodniczym jakoś tak bardzo to nie przeszkadzało). Nic tylko człowiek się zastał. Na wiosnę przejdzie! Moje rośliny doniczkowe mają się o dziwo dobrze, może dlatego że mam ich niewiele ;-) Poza tym mam wyjątkową kotkę, która nigdy nie była zainteresowana zieleniną w doniczkach. Uwierzysz? Pozdrawiam

    1. Uwierzę, bo odkąd przyjęliśmy do domu koteczkę to nasz kocur też mniej obgryza. A może to kwestia tego, że coraz mniej na tych parapetach stoi… Kto wie co przyczyną, a co skutkiem ;)

      „Człowiek się zastał” zabrzmiało bardzo swojsko :) Ja właśnie chyba dlatego w te porządki i remonty idę- żeby się nie zastać :)

  8. SPA hihihi, no też cierpię. Na moich parapetach aktualnie liście zamioculcasa w ziemi, w wodzie, liście sansewerii w wodzie (chyba zgniją ;) ), begonie, które już po przymrozkach przyniosłam jakieś ciupinki zielone, wetknęłam w doniczkę i są już całkiem, całkiem, zaraz pewnie będę dalej je dzielić i ukorzeniać… Pewnie znowu pod oknem połaciowym w pokoju gościnnym postawię stół z sadzonkami a gości nie będę zapraszać, o! To nieuleczalne? Ale cieszę się, że zdiagnozowane :)

    1. Przewlekłe na pewno, a czy nieuleczalne to nie wiem ;)

      Podpowiem ci, że sansewieria to bez niczego u mnie rośnie, tj. bez wody i bez ziemi :) Dwa lata temu kot zrzucił z parapetu, doniczka się roztrzaskała to wzięłam i wstawiłam „na chwilę” do pralni zanim nie kupię nowej donicy. Biorę za liście raz na miesiąc, namaczam w zlewie pełnym wody z pół godziny. Potem wypuszczam wodę, czekam aż obeschnie i ustawiam z powrotem na pralce. I tak sobie stoi już drugi rok :) Wyjątkowa roślina :) A sadzoneczki z zamiokulkasa wyszły mi dopiero gdzieś po pół roku chyba. Straaaaaasznie długo na nie czekałam, a potem…. że tak powiem…. zapomniałam :)

  9. Kolejny ogrodnik morderca. Ja. Nawet moje koty w ilości sztuk 2 wydają się obojętne na zielone. Ale to młode nieopierzone jeszcze i w życiu prawdziwego zielonego ogrodu nie widziały. Wyjdą wiosną to rozwiną pewnie swój wachlarz możliwości. Tymczasem poznają co to białe. Syndromu SPA w ostatnich zimach nie obserwuję u siebie. Ach wiem. Brak parapetu w kuchni jest bardzo pomocny. Ale przerabialam już selery, cebulę, pomelo tudzież wszystkie inne cytrusowe. Oczywiście zielone na chwilę było ale szybko się kończyło.

    Ogrodnik czyli Ja, ma w domu przede wszystkim KAKTUSY. Uzupełnieniem są grudniki, sansewierie, rubasznice, zamiokulkasy i storczyki (phalenopsisy), które ogrodnik dostaje przy okazji urodzin i imienin. Podlewa je wszystkie od przypadku do przypadku, czasem licząc na pomoc córki a czasem wpada mama ogrodnika i otula to cale doniczkowe spoleczeństwo swoją miłością. Przy okazji ogrodnik wyslucha co nieco. I może to trudne do uwierzenia ale wszystko żyje. Skrzydeł moze nie rozwijają, ale zielone jest a te co mają kwitnąć – kwitną :-) i wsztsyko to w wyjalowionej już pewnie ziemi…bo ogrodnik w domu nie nawozi.

    Jest za to inna przypadłość – znoszenie doniczek do domu ( czyt.piwnicy, pralni) : pelargonie, dalie (to wiadomo), Rozplenica ‚Vertigo’ i wszystkie inne nie zimujace u nas. Pozastawiane wszystkoi w maju dopiero wyjeżdża toto.

    Tymczasem zima się zrobiła, na która ogrodnik zawsze liczy. Więc chwyta łopatę i idzie ostatniać śnieg A potem zmienia ją szczotkę i otrząsuje to białe z roślin na szkółce. Są dni gdy ogrodnik zima się nie nudzi.

    Ogrodnik pominął całą swoją miłość do zimy zimą czyli do nart…;-)

    Bardzo serdecznie pozdrawiam. Bardzo.

    1. Witaj Marto Finko matko chrzestna miniaturowej szałwii ;)

      Widzę, że paleta doniczkowych to u wielu podobna, nie wnikam dlaczego, ale chyba wiem ;)

      Zimę jaką teraz mamy to i ja lubię, mimo, że to najgorsza pora roku (dla mnie). Żeby jeszcze ten mróz się utrzymywał tak na minus dwóch, bez odchyleń w stronę minus nastu czy plus trzech to w ogóle byłoby już idealnie. Niestety te odwilże co któryś dzień powodują już trochę szkód. Zazwyczaj nie otrzepuję zimozielonych ze śniegu, bo raz, że nie mam ich przecież zbyt wielu, a dwa, że te które mam są raczej odporne na odkształcenia czy złamania. Jednak czegoś nie przewidziałam i sadząc ekran z cisa przy tarasie nie myślałam wcale o prawdziwej zimie, takiej białej czyli ze śniegiem … spadającym z dachu. Pierwsze szkody za mną, przez co delikatnie odechciewa mi się już :(

      Nart nie znam. Żadnych sportów zimowych nie znam, nie uprawiam, nie próbuję. Mogłabym co najwyżej siedzieć w takim schronisku przy kominku. Koniecznie z grzańcem i kotem na kolanach- ja ten typ jestem ;) Raz jedyny z mężem na narty pojechałam, tj. on na nartach, ja w plener z farbami. Powiedziałam nigdy więcej. W rękawiczkach malować nie umiem, farby mi zamarzały, a część straciłam kiedy zjechały po lodzie z górki prosto do niezamarzniętego potoku. Od tej chwili kibicuję tylko z daleka szusującym znajomym. „Z daleka” znaczy w tym wypadku przez ekran monitora, w żadnym razie nie będę marzła :) Z drugiej strony jak się zawezmę i zacznę odśnieżać to autostradę robię zamiast podjazdu- może jeszcze wyjdzie ze mnie amator sportów zimowych, kto wie :)

      Pozdrawiam również i zapraszam częściej :)

      1. Oj. Jaki zaszczytny przydomek. A kiedyś przez czas jakiś Panią ostróżkową byłam :-) a teraz ta szałwia…no lubię wszelkie. A „flalitowy” to mój kolor z dzieciństwa.
        Pracę z białym wykonane dziś w 1/3 . Namachałam się szuflą wrzucając śnieg na rośliny i doniczki. Ale postanowiłam jeszcze nie otrzasac iglesiasów. Minusy przynajmniej do niedzieli. To niech ta puchata pierzynka na nich jeszcze będzie. Ale przy 0 nie ma zmiłuj i piękne widoczki. Wszystko wyląduje na dole.

        Fajnie i lekko się czyta Twojego bloga. Lekturka na zimowe wieczory. :-)

  10. Nie mogę dołączyć do chóru niepoprawnych ogrodniczek! Nie udaje mi się, a nawet nie chcę źle traktować swoich roślin doniczkowych. Jak można nie dbać o kilkuletni rozmaryn – musi być skrapiany co kilka dni bo suche powietrze mu nie służy. Nie chce stracić okazałych już krzewów pelargonii angielskiej (też odpowiednio kształtowanych, podobnie jak rozmaryn). A niepowtarzalnej wysokości papirus, sansewieria kilkunastoletnia – to towarzysze mojego życia! Albo nieodżałowany krzew grubosza. Naprawdę był drzewkiem. Nieopatrznie postawiony w korytarzu, zmienił właściciela. I Nie powrócił, mimo rozwieszonych ogłoszeń nakładających na złodzieja anatemę! Teraz najbardziej bym chciała jakiegoś wilczomlecza lśniącego, bo na dendrobium, które chętnie bym sobie zafundowała, w moim mieszkaniu za sucho.

    1. Jedyne co mogę to zazdrościć Ci w tym miejscu :(

      Rozmaryn to mój czuły punkt. Straciłam piękny, uformowany, kilkuletni krzaczek. Przez mączniaka. Ale jaki to był mączniak! Taki,co to ma wszystkie mączniaki pod sobą! Strach było to drzewko w ogóle ruszyć z parapetu, bo tak się z niego sypało i to prosto na stojące obok korytka z siewkami. Ale są na szczęście takie rośliny, którym jakoś się ze mną udaje, na przykład juka, która liczy sobie ze trzydzieści lat. Tyle, co ta roślina przeszła… nie do zdarcia :)

      Wiesz, zimą nie mam sobie nic do zarzucenia. Dbam. Potem dzieje się coś takiego… Pewnie próbuję się tłumaczyć, ale może gdybym nie miała wiosną czy latem ogrodu za progiem byłoby inaczej. Mało tego, jestem przekonana, że gdybym nagle w ogóle nie miała ogrodu to mój dom i balkon byłyby istną dżunglą :) Ale wolałabym nie sprawdzać- dobrze mi jest tak jak jest :)

      Ten wilczomlecz ładny, nie miałam jeszcze takiego. No, ale koty… :(

  11. Monia no u mnie zielone jest ..nie wiem czy jeszcze ten ro przetrwają bo ile razy patrzę tym gorzej z tymi kfiotkami..3 stare ale jeszcze ciągną, jedna hoja ledwo zipie tylko fikus benjamin się od lat nie poddaje…
    kot jest ale podwórkowy, no i z pestki mam palmę daktylową :)
    Kolor po zmianach lepszy niz był ;)

    1. Mówisz? :) No właśnie byłam ciekawa czy coś się odezwiesz, jak z czytaniem teraz i w ogóle ;) Nie mogę się jeszcze przyzwyczaić do tego motywu, teraz jest tak … zwyczajnie :( Z jednej strony taka uniwersalność nie bierze się z niczego, a na pierwszym miejscu powinna być wygoda użytkowania, ale… sądziłam, że więcej elementów będę mogła dopasować :( Kiedy jednak patrzę na „przed” i „po” to w ogólnym rozrachunku czuję, że zmiany na plus. Tylko mało mi, ciągle mi mało :D

      Te benjaminki to są niby takie wrażliwce, że tu je obrócisz albo przeniesiesz to od razu liście gubią, ale z drugiej strony to kogo nie spytać to powie, że to roślina nie do zdarcia :) Mój od kilku sezonów powinien być przesadzony… W tym roku na pewno :)

  12. Siostry Morderczynie :)

    Niestety ze mną doniczkowce też nie mają lekkiego życia :( A czego ja nie ususzę to koty dobiją.

    Przez france moje futrzaste (wtedy jeszcze sztuk tylko dwie) musiałam pozbyć się maminego beniaminka wielkości małego drzewka (i starszego ode mnie) :( Na szczęście dobrze trafił i teraz nikt mu nie s*a do doniczki :P

    Grubosze dwa na parapecie żyją w sumie tylko dzięki Lubemu, który to razem z nimi do domu się sprowadził i jak dzieci własne traktuje :D Trochę przez koty nadgryzione, ale dzielnie się trzymają. Oprócz tego na pokładzie mamy dwa kaktusy odporne i na zasuszenie i na koty. Przy okazji dodam, że świetnym patentem na niewygrzebywanie przez koty ziemi z doniczek jest wysypanie warstwy drobnego żwirku.

    Do tego jedna konająca paprotka (do tej pory nie jestem pewna co jej zaszkodziło, bo starałam się ją w miarę regularnie podlewać) i gałązka geranium.

    Ale tak strasznie marzy mi się sansewieria, tylko obawiam się że nie przeżyje zapoznania z kotami… :(

    1. Moje futrzaki sansewierii nie obgryzały. Ocierały się o nią, a to wiadomo do czego prowadzi ;)

      Ze żwirku w doniczce mogę się tylko pośmiać, bo na moich to żadnego wrażenia nie robiło. W donicy ze wspomnianą wyżej juką poukładane były w końcu kostki granitowe (takie jak na podjazd) a i tak każda szpara miedzy nimi zdawała się być idealną toaletą. Potem był patent z patyczkami między granitem. I muszę powiedzieć, że przez chwilę działało, bo przy próbie kucnięcia… wiadomo :) No, ale potem te patyczki walały się po całym domu, bo przecież to takie fajne pogryźć, podrzucić, pogonić, upolować :) Teraz w zasadzie nie mam problemu rozgrzebywania, bo samiec to już swoje lata ma i nie zachowuje się jak gówniarz. Czasem młoda coś łapką wygarnie, ale to są incydentalne przypadki. Także, prawie mogę powiedzieć, że ten problem już mnie nie dotyczy :) Potwierdzę kiedy juka wyleci z łazienki, a koty przejdą nad tym do porządku dziennego :D

      Masz żywą paprotkę? Szacun :)

      1. No z tą żywością paprotki to tak pół na pół :P

        Na szczęście u mnie kamyczki w doniczkach działają, chyba bym się pochlastała jakby futra obeszły ten patent. Wspomagająco działa jeszcze słowo na „K” :D i pistolet na wodę, ale to trzeba na gorącym uczynku złapać :)

  13. Ha, no wypisz wymaluj ja jeszcze parę lat temu ;) A myślałam, że wyjątkiem jestem i bardzo źle się z tym czułam. Teraz staram się nie mordować doniczkowych. Została mi już tylko „noga słonia”. Na wysiewy za to już jestem przygotowana. Nasionka w torebkach czekają. W tym roku wysiewać będę nawet jednoroczne. Problem tylko z miejscem oczywiście i już zastanawiam się nad szafą szklarenkową na taras…

    1. Jak widzisz po komentarzach powyżej jest nas więcej :D Banda chlorofilowych morderczyń. W dodatku recydywistki :) Dobrze, że wiosna za chwilę- jak się wyrzuty sumienia nagle pojawiły, tak nagle znikną :D

      Szafy, szafeczki i przyścienne szklarenki to fajna sprawa, w zeszłym roku oglądałam takie w tchibo- porządne, drewniane, ale cena też była… odpowiednia : /

  14. Od dawna wiedziałam, na co „choruję” ale nie miałam pojęcia, że to aż tak powszechna dolegliwość.
    Roślin już nie morduję – jakoś tak samo przyszło że zaczęłam dbać o nie i nawet nie zapominam o podlewaniu.
    A tak prawdę mówiąc – jak przestałam szaleć na półtora etatu i zaczęłam pracować tylko w domu to znalazł się czas aby pożyć i pomyśleć o roślinach. Na parapetach nie jest ich za dużo, bo parapety są zasadniczo kocie.
    Natomiast gęsty ogród mam na balkonie (loggia, z zasuwaną szybą). na balkonie się wyżywałam, bo niestety mój ogród jest oddalony od domu a gdzieś trzeba wyjść na poranną kawę. Moje futra są dobrze wychowane i roślin nie gryzą. Mają swoje. W sezonie dostają też świeżą trawę ściętą w ogrodzie – kładę taki stos na kartonowej palecie i tam się bawią a czasem i śpią (to atrakcja dla miejskich kotów, nie wychodzących). Co innego ocieranie się – tutaj zaradziłam zniszczeniom wsadzając do doniczek bambusowe paliki; teraz o nie się ocierają.
    Sporą część czasu zajmuje mi ochrona przed chłodem co wrażliwszych roślin na balkonie (owijanie, przestawianie itp). Ale główne zajęcie przede wszystkim PLANOWANIE NOWEGO SEZONU. Oglądam zdjęcia i zastanawiam się co wyrzucić i które drzewo wykarczować aby zmieściło się choć trochę róż (najnowszy konik) i innych roślin z dłuuuuugiej listy takich, które muszę mieć.
    No i oczywiście przeglądam nasiona. To trochę pomaga. jakoś dociągnę do pierwszych siewów :).
    A co do uprawy awokado – próbowałam tego patentu z trzema wykałaczkami – nic z tego nie wyszło. A próbowałam na trzech pestkach. Dawno, dawno temu, jeszcze w okresie kiedy wsadzałam do ziemi każdą pestkę i każdą zieloną gałązkę, uprawiałam awokado. Pestki wsadziłam „po bożemu” do doniczki i miałam gigantyczne drzewa. Zajmowały mnóstwo miejsca, a że nie chciały się ograniczać więc nie przetrwały. Karat (nasiono przywiezione z Turcji) był rozsądniejszy. Od kilkunastu lat siedzi sobie w doniczce; już przyjął do wiadomości, że nie będzie drzewem.
    Pomyślcie, jakie mamy szczęście – nie mieszkamy w żadnej północnej krainie i nie musimy czekać na wiosnę do czerwca :)).

    1. Kiedy tak to przedstawiasz to rzeczywiście, jakoś lżej na duszy ha ha :)

      Z wykałaczkami to chyba nie jest żaden problem- raczej sukces zależy od tego czy owoc (a więc i nasionko) dojrzałe czy nie… Nie wiem zresztą, bo ten patent u mnie raz zadział, raz nie zadziałał, a teraz znowu mam na wykałaczkach i tym razem już widzę maleńki ogonek od dołu się zaczyna wysuwać :) Raz miałam też na takiej podstawce do pizzy- tym kółeczku co wsadzają do pudełka :) Jak na złość ostatnio ciągle dostawałam kółeczka pełne w środku, a to trzeba takiego z dziurką…. Dobra, brzmi bez sensu, ale dawało radę :D Inna sprawa, że ja teraz wcale nie mam ochoty na uprawę awokado, pestki użyłam raczej tylko po to, aby symbolicznie przedstawić pewien stan umysłu ;) Równie dobrze mogłoby to być cokolwiek innego: gałązka forsycji, patyk hortensji, pędzona resztka sałaty… Jedyne na co naprawdę się nakręciłam to cytryna. Zostawiłam kilka nasion, pamiętam, że one chętnie kiełkują (bo już miałam przygodę) i naprawdę mam chęć posiadania drzewka cytryny. Serio serio :) Więc awokado będzie chyba musiało ustąpić miejsca ;)

      Planowanie nowego sezonu…. ja potrzebuję jeszcze chwilki ;) Poza tym mam pomysł na „rabatkę” preriową jakieś 1000 metrów i już obiecałam sobie nie działać nerwowo. Najpierw ciągnik z pługiem albo glebogryzarka, dopiero potem ja :D I tego będę się trzymać :) A wysiewy maksymalnie 10 gatunków. 20 powiedzmy :) Plus maksymalnie 15 jadalnych. Jak mi się uda tego trzymać to już będę szczęśliwa :D Trzymaj kciuki :)

    2. Kiedyś miałam ciągoty na posadzenie awokado, ale przeszło mi jak wyczytałam, że jest trujące dla kotów. Wolę nie ryzykować, bo moje niestety głupole pod tym względem :/ Posiałam im kocią trawkę, mam nadzieję, że dzięki temu trochę ulży doniczkowcom :)

      1. A to ciekawe. Mój małżonek suszy pestki z awokado, potem to mieli i używa do posypywania kanapek, dodaje do jogurtów i koktajli. Nie wiem co to dokładnie daje, bo ja tego nie jem, ale trujące nie jest- przynajmniej nie pestka i nie dla ludzi :)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s